14 marca 2016

Sześciolatki - za, a nawet przeciw



Od początku nie ukrywałam tego, że nie jestem zwolenniczką puszczania dzieci do szkoły w wieku lat sześciu. No cóż, stało się, moje dziecko, pechowy rocznik 2009, z przymusu poszło do pierwszej klasy.

Oczywiście wiedziałam o możliwości odroczenia, jednak to nie jest taka prosta sprawa (i nie chodzi mi o kolejki w poradni czy pieniądze, które trzeba było zapłacić w prywatnych poradniach oddalonych o całe dziesiątki kilometrów od miejsca zamieszkania). Tu nie chodziło ani o wygodę, ani tym bardziej o lenistwo.

Szkoła mojego dziecka jest mała, zaledwie trzy pierwsze klasy. Luksus jakich mało, żeby miejska szkoła była taka kameralna. Tak się złożyło, że do pierwszej klasy poszły wszystkie dzieci z sąsiedztwa. Wszystkie sześciolatki. Ogólnie nie lubię działania pod wpływem otoczenia, jednak w tej kwestii miałam mieszane uczucia. Puścić ze wszystkimi czy zostawić? Wiem, że najprościej w świecie jest powiedzieć, że nie warto podążać za innymi, wydeptaną ścieżką, trzeba słuchać siebie, wejrzeć w głąb swojego dziecko.

Opinia z przedszkola rewelacyjna, moje własne obserwacje, spostrzeżenia, matczyne uczucia i intuicja, podpowiadały mi, że powinnam ją puścić. Że nie ma konieczności, by ją zostawić. Jest kontaktowa, inteligentna, emocjonalnie gotowa. Gdybym ją zostawiła, byłaby najstarsza w klasie. I tu pojawiło się pytań: czy no takie rozwiązanie moje dziecko byłoby gotowe?

Gdy Iga zaczynała swoją przygodę z edukacją, nikt pewnie, no może oprócz optymistów z otoczenia Państwa Elbanowskich, nie sądził, że w takim kierunku potoczą się dalsze losy reformy.

Reforma, jak reforma i jak to w Polsce bywa, mało udana, źle przemyślana, jeszcze gorzej przysposobiony, no cóż… słowo się rzekło, dzieci do szkoły poszły. Nie mówię, że sam fakt wprowadzenia obowiązku dla sześciolatków jest zły, jednak to wszystko, co się z tymi zmianami wiązało, to już inna para kaloszy. Przymuszenie rodziców, wprowadzenie zakazu czytania i pisania w przedszkolach, nieudany elementarz, nieprzystosowanie szkół i klas, nieprzygotowanie nauczycieli… Można by tak wymieniać jeszcze długo. Odnoszę jednak wrażenie, że komuś palił się grunt pod nogami, a co nagle, to po diable. Reforma szybko napisana, jeszcze szybciej przegłosowana, ekspresowo wdrożona w życie.

Przecież nie pierwsze nasze dzieci (z roczników 2008 i 2009) poszły, jako sześciolatki do pierwszej klasy. Kto z nas nie miał w klasie choć jednego młodszego kolegi, koleżanki? No tak, powiecie, ale wtedy te dzieci były były nad wyraz inteligentne, umiały już i czytać, i pisać, niejednokrotnie, poprawiały nauczycielki.

A dziś?? Przecież wszyscy dookoła krzyczą, jak to świat, a przede wszystkim dzieci, poszedł do przodu. Każde dziecko zna obsługę telefonu, laptopa czy tabletu. Więc dlaczego teraz ta zmiana wywołuje w rodzicach tak dużo emocji i kontrowersji. Pewnie dlatego, że staliśmy się, jako rodzice, żywym mięsem armatnim, zabrzmiało okropnie, ale idealnie pasuje do tego, co aktualnie dzieje się w kraju, jesteśmy kartą przetargową, a cierpią tylko i wyłącznie nasze dzieci.

Rozumiem, że są to flagowe programy, sztandarowa reforma opozycji politycznych, ale czy nikt nie widzi, że cierpią na tym tylko dzieci, rodzice, szkoły i nauczyciele – potwornie uogólniłam. Ale czy tak nie jest??? Zastanawiam się dlaczego największa wartość, jaką mamy, czyli nasza edukacja jest traktowana tak bardzo po macoszemu? Jak można wprowadzać w ciągu roku tak ogromne zmiany, które wpłyną na dalsze losy nas i naszego kraju. A może po prostu chodzi o to, by ogłupić naród, w końcu debilami łatwiej sterować, prawda?

A tfu… na psa urok, miałam oszczędzić i sobie, i Wam, politycznych dywagacji!!!

Tyle ile dzieci, tyle było wrażeń, zresztą, jak co roku, bo nie sądzę, że pierwszego września tylko u matek sześciolatków wywołało tyle emocji. Jest to bardzo szczególny dzień w życiu każdego dziecka zaczynającego szkołę, niezależnie od wieku.

Niestety, Drodzy Rodzice, nie powiem Wam (zresztą nie czuję się ani na siłach, ani nie mam odpowiednich kwalifikacji, mimo, że jestem już parę ładnych lat nauczycielem) jasno i wyraźnie: puszczajcie, nie puszczajcie.

W ogóle to szlag mnie trafia, gdy czytam, ups… przepraszam, czytałam, ponieważ nie wytrzymałam nerwowo tych wszystkich grup z pseudo-psychologami, quasi specjalistami, niby nauczycielami, wyedukowanymi rodzicami, którzy skłonni byliby zabić, opluć jadem i zmieszać z ziemią wszystkich, którzy mówią i myślą inaczej niż oni i, żeby była jasność, mówię tu o obu grupach: zwolennikach i przeciwnikach.

Na żadnej grupie nie znalazłam merytorycznej rozmowy, w której rzeczowe argumenty przemawiałyby za i przeciw. Rozumiem, że temat wywołuje całą masę emocji i uczuć, że wzbudza kontrowersje. U mnie też nawet tak silne, że nie potrafię, mówiąc o tym, powstrzymać wulgaryzmów. Serio. Ale jednak są jakieś granice.

Ja wiem, że my, Polacy, czujemy się we wszystkich możliwych dziedzinach specjalistami, od piłki nożnej, po Trybunał Konstytucyjny. Po drugie, nienawidzimy, gdy mówi się nam, co mamy robić.

Jednak szukając materiałów do tego postu znalazłam całą masę artykułów, w których specjaliści  zwolennicy obu rozwiązań przerzucali się argumentami, podważając zdanie poprzedników, obrzucając się różnego rodzaju inwektywami, zarzucając współpracę z wydawnictwami, ministerstwem, czy nawet samym diabłem.

I gubiłam się w tym, mimo, że jako matka sześciolatki, która już od pół roku chodzi do pierwszej klasy, wiem, co z czym się je. Więc, jak rodzice, którzy nie mają zielonego pojęcia, co i jak, którzy szukają pomocy, którzy mają wątpliwości, którzy szukają odpowiedzi, podpowiedzi mają wybrać najlepsze rozwiązanie. Powiecie, że Internet to nie miejsce do wyszukiwania odpowiedzi na takie pytania, że psycholodzy, że pedagodzy, że panie z przedszkola – że to oni powinni udzielić odpowiedzi na nurtujące nas pytania. Niby racja, ale czy zawsze trafimy na kogoś, kto nam udzieli wyczerpującej odpowiedzi? Warto jest szukać. A przecież Internet to okno na świat, nieprawdaż?

Powiem tak, nie dziwie się ani sobie sprzed kilku miesięcy, ani innym rodzicom, którzy mieli wątpliwości. Sam fakt, że ktoś nas, szczególnie Polaków, zmusza do czegoś i nie bierze naszego zdania pod uwagę, budzi w nas dzikie zwierzę. Okropnie dużo kontrowersji narosło wokół tego tematu, wszędzie tylko słyszałam, że kilka tysięcy (spłyciłam, umniejszyłam, przepraszam – kilkaset tysięcy, czy nawet milion) podpisów poszło się... na makulaturę. No nie była to ani fajna, ani tym bardziej obywatelska postawa poprzedniego rządu, który moim zdaniem zrobił cholerny błąd, nie słuchając rodziców. Konstruktywna rozmowa, rzeczowe argumenty – i moim zdaniem o wiele więcej można byłby zwojować, bo pokazywanie drugiemu człowiekowi, że ma się go totalnie w d*pie, jest najbardziej frustrującą rzeczą z możliwych!!!

Jednak dziś, z perspektywy czasu, nie zgadzam się z tym, że mojego „malucha” trzeba było przed czymś ratować. Rozumiem te lęki rodziców, i wcale się im nie dziwię!!! Puszczenie dziecka do szkoły, jest już dużym przeżyciem, a puszczenie go, jako rocznik eksperymentalny? Czy naprawdę ktoś jeszcze jest zdumiony tym, że rodzice mieli obawy, obiekcje? Kiedy tylko, z każdej strony, słyszeliśmy:

- nie puszczajcie, ratujcie swoje dzieci, oddajcie im dzieciństwo, odroczcie!!!

Albo:

- puśćcie, bo my Wam tak każemy, zobaczycie, nie pożałujecie!!!

To, co mnie rzuciło się najbardziej w oczy, to brak rzeczowych argumentów, wszyscy odwoływali się do emocji, uczuć:

* puszczasz – jesteś złą matką, mogłaś odroczyć

* nie puszczasz – jesteś złą matką, nie myślisz o przyszłości swojego dziecka

I weź tu bądź mądry, przecież tu nie chodzi o to, czy zjesz na obiad fasolkę po bretońsku czy wegańskie tofu!!! Tu chodzi o przyszłość naszych dzieci. Tak, wiem, górnolotny frazes, ale nie ma jednoznacznej odpowiedzi: TAK lub NIE.

Niestety, u mnie też nie znajdziecie gotowej odpowiedzi. Ale sądzę, że obawy, czy dziecko sobie poradzi, mieli też rodzice puszczający swoje siedmiolatki do szkoły. Czy im ktoś dał gotową receptę, też nie.

Wiem, że w naszym przypadku sprawdziło się to rozwiązanie, być może byłaby jeszcze lepszą uczennicą, gdyby zaczęła pierwszą klasę w wieku siedmiu lat, może inaczej wyglądałaby sytuacja, gdyby w klasie były same sześciolatki, a nie misz-masz 7-6-5 latków. Mogłabym tak gdybać bez końca, mogłabym szukać winnych, odpowiedzialnych całej tej sytuacji. Mogłabym sączyć żółcią i siać nienawiść, ale jaki to ma teraz sens?

Nie uważam, że skróciłam swojemu dziecku dzieciństwo, odebrałam czas na zabawę, że czegoś ją pozbawiłam. Wręcz przeciwnie, uwielbiam patrzeć na nią, gdy z pełnym zapałem i otwartą głową siada do prac domowych, do zadań, które ma zrobić. Nie jest to przykry obowiązek, ale fajna zabawa – tak to traktuje moje dziecko, które dopiero w sierpniu skończy siedem lat!!!

Powiem tak, zawsze musi być ten pierwszy rocznik (choć sześciolatki zaczynały szkołę już duuuużo wcześniej), taki testowy, króliki doświadczalne, a że akurat wypadło na nasze dzieci, no cóż, pozostaje mi tylko liczyć na to, że moje dziecko w przyszłości będzie miało więcej szczęścia w życiu, niż na starcie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...