6 marca 2016

Książkowy recykling



Wśród bliższych i dalszych znajomych, wśród znajomych moich znajomych. Wśród rodziny i rodziny mojej rodziny, a także wśród sąsiadów i mniej lub bardziej znajomych mi ludzi krąży jedno przekonanie: jeśli nie masz co zrobić z książkami, oddaj je Kaśce (czyt. MNIE). Fajna to idea, powiedziałabym, że nawet bardzo zacna, słuszna i obustronnie korzystna – zdawałoby się.


Z niechcianymi książkami podobnie jest, jak ze świętymi obrazkami. Niby je masz w domu, jeden służy za zakładkę do książki, inny stoi za szybą w barku, jeszcze jeden nosisz w portfelu. Ale co z resztą? Ni to wyrzucić, strach przed grzechem wieczystym, ni to zostawić w domu, sumienie raczej nie pozwala, by się poniewierało po chałupie. Ni to oddać, ni spalić.

Sprawa podobnie ma się z książkami. Jeszcze jak są to książki w miarę nowe, można oddać do antykwariatu i przytulić całkiem niemałą sumkę. Jeśli są to książki nieużywane, można sprezentować je np. teściowej czy ciotecznej szwagierce kuzynki męża od strony stryjecznego wujka Mariana. Jeśli mają kolorowe okładki, można je ładnie, kolorystycznie ustawić na półkach. Można też zrobić z nich takie stare niby stylizowane pocztówko-laurki. Straszny to kicz i potworny kurzołap, ale ludzie podobno lubią takie cacka, sama nawet widziałam takie, ekhmmm... cuda na serwetce ręcznie dzierganej na honorowym miejscu tuż koło telewizora.

Ale co zrobić z książkami, których już nikt nie chce (taaak, zdarzają się i takie), których już nikt nie potrzebuje (nawet Publiczna Biblioteka w Koziej Wólce)? Stanęliście kiedyś przed takim trudnym wyborem? Jeśli tak, to znaczy, że nie macie w rodzinie albo wśród znajomych polonisty. Albo polonista ma małą chałupę.

Moi bliscy i ich bliscy, i bliscy ich dalekich, są naprawdę ogromnymi szczęściarzami, nie dość, że znają taką jedwabistą polonistkę, jak ja, to jeszcze z całkiem pokaźną chawirą.

I tak się dorobiłam kilku książek o powojennej Polsce wydanych w latach prężnego komunizmu, kilkunastu słowników, starych podręczników, zeszytów do języka polskiego z roku szkolnego 1983/84. Dumna jestem z mojej kolekcji BN-ek (dla niewtajemniczonych, biblia studentów polonistyki). Osobna półkę powinnam zrobić dla książek z dedykacją i życzeniami – kawał historii, piękna sprawa. Dziś już rzadko kiedy spotyka się książki z nadpisem.

Jakiś czas temu dostałam od znajomej mojej znajomej, która tłumacząc się tym, że ma małe mieszkanie i książek pod sufit, całkiem potężny karton wypełniony po brzegi książkami. Ucieszyłam się na samą myśl, że będę mogła powdychać ten stary, specyficzny, książkowy kurz. Otworzyłam karton i na samym wierzchu leżała książka o wschodniej filozofii urządzania przestrzeni.

Takim oto sposobem wpadła mi w ręce książka o feng shui, która zapoczątkowała zbieg całkiem przypadkowych, nie zawsze niewinnych, sytuacji.

- Nieeeee, wiesz – mówię znajomej moje znajomej, która też przecież jest moją znajomą – takich książek, serio, nie potrzebuję. Dziękuję za wszelkiego rodzaju poradniki i przewodniku rozwoju duchowego, ja ich nawet czytać nie potrafię, tak wiesz, ze zrozumieniem. Może znajdziesz kogoś, kto jej bardziej, niż ja, potrzebuje.

Oponuję, ale znajoma, raczej autorytet w wielu kwestiach, osoba, którą osobiście uważam za rozumną, naciska i nalega.

- Zobaczysz, zmieni twoje życie!!!

Cokolwiek byście o mnie nie powiedzieli jestem osobą bardzo kulturalną i dobrze wychowaną, nie odmawiam w takich sprawach, szczególnie, gdy ktoś nalega by zmienić mi życie, by je uporządkować i doprowadzić do ładu. Waham się, wiem, że i tak jej nie przeczytam, że trafi do mojego cmentarzyska książek, że… ach, powodów jest wiele.

Jednak po głębszej analizie sytuacji, dochodzę do wniosku, że czuję się zakłopotana, znajoma nalega i jest mi głupio z dwóch powodów.

Po pierwsze, nie chcę być niemiła i powiedzieć najzwyczajniej w świecie, że tego rodzaju farmazony, gusła i inne szeptuchy zupełnie do mnie nie przemawiają, wręcz przeciwnie do Mickiewiczowskiej maksymy: „Czucie i wiara silniej mówi do mnie/ Niż mędrca szkiełko i oko.”

Po drugie, w końcu ktoś obcy chce naprawić moje życie: „Pozbędziesz się bałaganu ze swojego życia i mieszkania i zobaczysz, staniesz się spokojniejsza, wyciszona”. Ale jak tu powiedzieć, że moje życie jest uporządkowane, na swój sposób, że ten chaos całkiem mi odpowiada. Że te skarpety nie do pary czy pojedyncze klapki-japonki bardzo lubię.

Ale później pomyślałam sobie, że do odważnych świat należy, wzięłam i rzuciłam na ostatnią półkę, gdzieś w odległych zakamarkach mojej biblioteczki ślicznie zapakowaną, pięknie wydaną książeczkę feng shui.

Uffff… problem z głowy, tak mi się początkowo wydawało, bo o książce zapomniałam, zawaliłam ją kolejnymi książkami, bibelotami i innymi niezbędnymi do życia durnostojkami.

I, jak się tylko możecie domyślić, to był dopiero początek prawdziwej przygody zwanej starożytną praktyką planowania przestrzeni w celu osiągnięcia zgodności ze środowiskiem naturalnym.


Ale o tym, opowiem Wam w kolejnym wpisie!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...