23 lutego 2016

Presja czasu



Jednym z najpiękniejszych zapisów w każdym, praktycznie każdym (nie żebym była, jakąś specjalistką w tej dziedzinie, nie widziałam ich też jakoś porażająco dużo, jednak kilka w życiu napisałam, oprócz swojego, rzecz jasna) CV jest zapis: „Umiem działać pod presją czasu”.


W mojej „cefałce” też znalazł się, jako jeden z pierwszych, taki mój atut, mocna strona, że niby jestem taka odporna i w ogóle. Taka niby zorganizowana i poukładana.

Wszystko to pięknie wygląda na papierze, ale jak ma się do rzeczywistości??? Ja od siebie mogę jedynie powiedzieć, że szczerze NIENAWIDZĘ PRESJI CZASU. Zamiast mnie motywować, sprężać, nakręcać moje działania – dołuje, zniechęca i sprawia, że wszystko wykonuję wolniej!!!

Nie mam zielonego pojęcia, kto wymyślił takie banały, jak presja czasu? Pewnie, jakiś relikt pokutujący w naszej kulturze od czasów, gdy po trupach do celu szli przedstawiciele pokolenia yuppies. Podobno, jak mówią źródła, moi rówieśnicy, z którymi za cholerę nie mogę, a zresztą nawet nie powinnam, się utożsamiać. Młodzi, piękni i bogaci, karierowicze, korporacyjni pionierzy polskiej gospodarki.

A taka ja, skromna polonistka z prowincjonalnego miasta, bez widoków na światową, ba, nawet miejscową, karierę. Żyję sobie na uboczu całego tego zamieszania. I dziś wiem, że nie dałabym rady dojeżdżać do pracy, stojąc przez pół dnia w korkach, biegnąc przez całe życie, by zdążyć na czas. Wszystko w biegu, wszystko pędem. Życie staje się niekończącym maratonem: wieczny bieg pomiędzy pracą, domem, a obowiązkami.

Może aż nadto przywykłam do tej mojej prowincjonalnej rzeczywistości, gdzie slow nie jest tylko pustą ideologią, ale codziennością. Mam wrażenie, że tu czas płynie inaczej, jakby wolniej. Świat nie jest wchłaniany, on jest kontemplowany. Gdzie normalność i pospolitość nie są czymś negatywnym, obraźliwym. Dziś wszystko musi być atrakcyjne i natychmiastowe — żądamy tego od tabletek przeciwbólowych i wycieczek last minute.

Dziwne, że w dzisiejszych czasach pospolitość nabrała tak bardzo pejoratywnego znaczenia, bo z czym się kojarzy? Z przeciętnością i banalnością. A dla mnie pospolitość to po prostu zwyczajność, bo przecież pospolity to nie tylko nijaki, ale też taki, który często się zdarza, coś powszechnie znanego, coś oswojonego. 

Pospolitość, rozumiana, jako cecha negatywna, spowodowane jest tym, że nikt z nas nie chce być postrzegany, jako ten jeden z wielu, nieoryginalny, jako kopia, czyli ten gorszy.

Fajnie jest być jedynym w swoim rodzaju, unikatowym, niepowtarzalnym. Jednak nie umiemy spędzać czasu sami ze sobą, od najmłodszych lat jesteśmy tak zajęci „byciem kimś”, że zapominamy, kim tak naprawdę jesteśmy.

Uwielbiam mieć czas tylko dla siebie, raz na jakiś czas potrzebuję, by naładować moje akumulatory. I wcale nie jest to wizyta u kosmetyczki, fryzjera czy kolejne zakupy. Ja potrzebuję ciszy i przestrzeni. Dlatego zamykam się w domu, sama, bez domowników i wyciszam się, chłonę te chwil, jak skacowany wodę. Wiecie, że w takie dni, nawet sprzątanie sprawia mi ogromną przyjemność!!! Jestem wtedy sama ze sobą, wyłączam się na zewnętrzne bodźce, często nawet nie włączam radia, nie wspominając już nawet o TV.

Czy to jeszcze domatorstwo, czy już starość? ;)


Dzisiejszy świat, to wszechobecna pochwała konsumpcji i życia w natychmiastowości. Wszystko, co pozwala oszczędzić czas, jest pożądane. Kultura instant to kult teraźniejszości: żyjemy teraz, nie tracimy czasu! Niestety, paradoksalnie to czas jest największym wrogiem tej kultury. Poczucie ulotności, przemijania, oddech młodszego pokolenia na plecach, nie nastraja optymistycznie, zwłaszcza tych, którzy całe swoje życie poświęcili  pogoni za czymś: pieniądzem, karierą, za tym, by mieć, nie być. 

Oczywiście, nie będę oryginalna, jeśli powiem, że te wszystkie gadki z dupy o technikach zwalniania tempa życia, które koncentrują się na zwalnianiu głowy, działają na mnie, jak płachta na byka. Nie lubię, gdy mi się coś narzuca, każe. 

Ogromną satysfakcję daje mi poczucie, że sama mogę dojść do wielu rzeczy, bo nikt nie zna mnie lepiej. Nie cierpię tej całej otoczki farmazonów i banałów, gdy słyszę, np.: 

1. Wstawaj z łóżka dwa razy. Kiedy weźmiesz prysznic i zjesz śniadanie, wskocz pod kołdrę jeszcze na pięć minut, pokokoś się w pościeli, poprzeciągaj, pomrucz.*

Zupełnie, jakby przerwać najlepszy orgazm, by pójść zrobić sobie herbatę, a za chwilę do niego wrócić i cieszyć się chwilą!!!

2. Rób przerwy w trakcie rozmowy. Kiedy kogoś słuchasz, to zanim się odezwiesz – policz w myślach do 10. W czasie mówienia też kontroluj oddech.*

Wyobrażacie sobie minę swojego rozmówcy, gdy on kończy wypowiedź, oczekuje od ciebie odpowiedzi, a Ty w tym czasie, niczym wagon tybetańskich mnichów, spokojnie doliczasz do 10 i bierzesz głęboki wdech?? Podejrzewam, że większość znajomych poprosiłaby Cie o namiary na Twojego dilera!!!

3. Przynajmniej raz dziennie wykonaj ćwiczenie rzeźby – stań przed lustrem i wyobraź sobie, że jesteś rzeźbą przedstawiającą np. spokój albo ciszę. Pokaż to ciałem.*

Więc ja dziś będę Nike rozwiązująca sandał, jutro będę Wilczycą kapitolińską, a w niedzielę dumną Statuą Wolności - rodzina pomrze ze śmiechu, całe szczęście, że nie trzeba robić nic z kulturystyki, bo moja wiedza kończy się na szkatule i czajniku. Na samą myśl mnie w pozie kulturysty, doznałam takiego błogiego spokoju, że czuję się, niczym kwiat lotosu. I tego samego Wam życzę :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...