6 stycznia 2016

Postanowieniom i plannerom mówię zdecydowane NIE!!!



Po raz kolejny uległam presji otoczenia, ludzi z Internetu, których prawie w ogóle nie znam, ale stwierdzam, że skoro są „znani” i „lubiani”, to mówią prawdę. No, ale ba, tytuły mają, szumnie nazywając się doradcami planowania, wizerunku, organizacji i wszelkiego rodzaju lifecoachingami, czy jeszcze innymi niezrozumiałymi dla przeciętnego człowieka zbitkami obcobrzmiacych pierdół. 

Wszyscy dookoła pokazują swoje piękne plannery, nie ważne, kupione za grube pieniądze (no bo sorry, ale kalendarz w granicach 120 zł, to wg mnie lekka przesada), czy zrobione metodą handmade (co mi się cholernie podoba, jednak stwierdzam, że ozdabianie kalendarza taśmami Washi tape i innymi kolorowymi gadżetami jest delikatnie ujmując troszkę dziecinne – oczywiście są minimalistyczne wersje, ale jakieś takie ubogie).

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie przeszukała całego Internetu, wzdłuż i wszerz, w poszukiwaniu idealnego plannera, nie znalazłam. Później okazało się, że nie o planner mi chodzi, a o skrojony na miarę terminarz. I tu Wam zdradzę pewien sekret, bo kupiłam ten kalendarz, idealny dla mnie, a teraz uwaga, w Empiku kosztował 39,99 zł, a w zwykłej księgarni (ten sam, samiuśki, identyczny) 24,99 zł. Wydaje mi się, że jest to cena optymalna za kalendarz (choć miałam na ten cel przeznaczone 50 zł).

Usiadłam więc nad tym swoim tanim kalendarzem-terminarzem. Plan miałam potwornie ambitny. I wówczas uświadomiłam sobie, że ja tak nie umiem, że ja tak nie mogę, ja po prostu tak nie chcę. Nie umiem planować długoterminowo, nie chcę planować na tzw. „zaś”. Potwornie mnie cos takiego frustruje i wyprowadza z równowagi.

Żeby tego było mało, nie umiem planować. Z reguły, jak już sobie coś zaplanuję, małego, nieistotnego, ot tak, żeby zająć czymś popołudnie, dzień, tydzień, akurat wtedy wypada coś tak ważnego, od czego zależą dalsze losy świata i moje, mojej rodziny.  I wiecie, jak takie rzeczy wpływają na mnie destrukcyjne!!! Wkurwiona jestem przez resztę dnia, czy popołudnia. No bo przecież raz na ruski rok, coś sobie zaplanuję, a tu wszystkie moje pieczołowicie zaplanowane plany, szlag trafił. I jak żyć, ja się pytam, panie prezydencie???

Jednak w tym roku postanowiłam się zmienić i moim sztandarowym postanowieniem, którym żegnałam ubiegły rok było to, że w końcu się ustatkuję, w sensie, uporządkuję. Zaprzyjaźnię się z systematycznością i konsekwencją, dzięki czemu będę miała czyste sumienie i dom. No, jakby tu powiedzieć, mamy już szósty stycznia, a moje przyjaciółki, konsekwencja i systematyczność, nadal są na wakacjach, zołzy, beze mnie!!!

I tak dumając, rozważając moją kondycję zdrowia psychicznego, współżycia społecznego, doszłam do wniosku, że nie będę niczego planowała, bo i tak mi nic z tych planów nie wychodzi. Jedyne co mi z tego planowania zostaje to zgaga i nadkwasota, a przede wszystkim przerażający smutek. Ale taki smutek naprawdę, do tego rozżalenie i wściekłość.

A teraz sprawa najistotniejsza, gdzie w tym całym planowaniu jest miejsce na spontaniczność, autentyzm, swobodę? Jak żyć naturalnie, bez przymusu wiedząc, że nad głową wiszą sprawy, które musisz dziś zrealizować, bo, jak nie to w tym cudnym, cholernie drogim planerze zostanie luka, której nie zamrzesz różowym zakreślaczem. I co wtedy? Kłuje w oczy, jak cholera ta spontaniczna popołudniowa drzemka czy lody z dzieckiem albo wizyta na placu zabaw. Ja takim planowaniom mówię zdecydowane NIE!!!


Ok, zdradzę Wam pewien sekret, zaplanowane to ja lubię mieć wyjazdy i wczasy, oraz porządek w dokumentach (czyli rachunkach, gwarancjach, umowach) i to by było na tyle, jeśli chodzi o planowanie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...