1 grudnia 2015

Kalendarz Adwentowy, czyli DIY dla zdolnych inaczej



Mój pierwszy wpis z serii DIY. Podejrzewam, że pierwszy i ostatni, więc trudno mówić o serii.


Kilka ostatnich wieczorów spędziłam z nitkę i igłą w ręce, szyjąc (po raz pierwszy!!!) Idze kalendarz adwentowy. Jest to nie tylko nowa, ale także niewskazana dla mnie czynność. Jakiś czas temu, moja teściowa, która uczyła krawiectwa w szkole, stwierdziła, że ja nie powinnam nawet dziurek cerować, ba… nie nadaję się nawet do szycia worków jutowych na ziemniaki (bez żadnych podtekstów, w ogóle mnie nie uraziła, a ja tę sytuację bezczelnie wykorzystuję, wiecie, jakie cuda potrafi robić ta kobieta, wszystko przeszyje, zmniejszy i powiększy, nawet guziki mi wszywa i plamy usuwa J ).







Jednak stwierdziłam, skoro dożyłam już tak leciwego wieku, muszę w końcu nauczyć się posługiwać igłą i nitką. Prób była kilka. Próbowałam ściegu ozdobnego, fikuśnego i skomplikowanego, w końcu postawiłam na niezawodną fastrygę, poszło szybko, łatwo i bezboleśnie.



Tak, jak obiecałam w tytule, dam dziś przepis na kalendarz adwentowy mojej własnej, domowej roboty.

Potrzebne materiały:
  • 1 para flanelowych spodni piżamowych (kupione w sierpniu w SH, czyli na szmatach)
  • 1 białe płótno (ja zużyłam dawno nieużywany, biały obrus)
  • Nożyczki
  • Nici (białe i czerwone)
  • Igła (ja używam samonośnych, czyli takich, których nie trzeba nawlekać, tylko wkłada się nitkę od góry)
  • Sznurek
  • Kartoniki z numerkami
  • Gałąź
  • No i rzecz jasna kilka dłuuuuuugich wieczorów na uszycie 24 woreczków

Do woreczków włożyłam:
  • Słodkości 
  • Małe gifty, gadżety, prezenciki, skromne zabawki do 2 zł za sztukę
  • Zadanie (np. Dzień bez telewizji, Zrobię pizzę z tatą, Zrobię ozdoby świąteczne do mojego pokoju, Będę miła dla moich koleżanek i kolegów, Upiekę muffinki z mamą, Upiekę pierniczki z rodzicami, Będę miła dla moich rodziców)
  • Orzechy

Próbowałam zmobilizować M. do pomocy, pierwsza próba i cała w nerwach prułam jego woreczek (jakkolwiek sprośnie to zabrzmiało J ). Czyli spędzenie wieczoru na wspólnym szydełkowaniu, skończyło się fiaskiem. Nie, no nie była aż tak źle. Przez cały szwalniczy maraton podtrzymywał mnie na duchu, wycierał mi pot z czoła, a nawet liczył czas, ostatni woreczek szyłam przez 2 minuty i 34 sekundy. Niezły wynik, co?



Całe szczęście, okazało się, że nie taki diabeł straszny… O wiele gorzej było mi po prostu przysiąść do tego, zmobilizować się. Dlatego, jak zwykle i wszystko zostawiłam na ostatnią chwilę. 

W workach nie robiłam nawet dziurek, ponieważ nie wiedziałam nawet jak. Zresztą znając moje szczęście, porozrywałabym te nieszczęsne worki i świąteczny czar prysłby z pierwszą k*rwą. Przewiązałam je po prostu sznurkiem i przywiązałam do gałęzi. O dziwo, trzyma się idealnie.






Jednak najważniejszy był efekt końcowy i zachwycona Iga. Oczywiście, wykończenie i parę innych detali pozostawia wiele do życzenia. Niestety, nie zostałam przez Bozię obdarzona zdolnościami manualnymi, nad czym głęboko ubolewam.



Wiem, że już nie czas na robienie kalendarza, ale poczułam wszechogarniające pragnienie podzielenia się z Wami moimi dokonaniami. Też macie wrażenie, że wpisy o rękodziele nie są moją mocna stroną?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...