11 sierpnia 2015

Bo prawdziwie widzi się tylko sercem i animacją poklatkową



O geniuszu Antoine’a de Saint-Exupery’ego nie muszę pisać, wszyscy to wiemy. Zapewne większość swoją opinię o talencie tego pisarza opiera tylko i wyłącznie na jednej pozycji, ale cóż, liczą się dobre chęci. Ale ja nie o tym.


Dla tych, którzy obawiają się, że adapatacja powieści Antoine’a de Saint-Exupery’ego w reżyserii Marka Osborne’a będzie przypominała cokolwiek idiotyczny musical Stanleya Donena z 1974 roku, mam dobrą wiadomość: ta współczesna bajka jest po prostu CUDNA!!!

Wiem, totalnie nieprofesjonalna recenzja, żeby już w drugim akapicie zdradzać swoje emocje, ale nie mogę się po prostu powstrzymać, gdyż zakochałam się w tej fantastycznej ekranizacji!!!

Po pierwsze mądra, wzruszająca, ciepła, zabawna, inteligenta, a przede wszystkim dobrze zrobiona. Z idealną wręcz ścieżką dźwiękową. W tle rozbrzmiewają rozkoszne piosenki Camille i Charlesa Treneta, co dodaje adaptacji swoistego, kameralnego, a nie disney’owskiego, klimatu.

Strona wizualna ekranizacji, jest według mnie, ogromnym atutem tej bajki, dzięki niej z łatwością mogliśmy wczuć się w klimat powieści. Zachwycona jestem zabiegiem, jaki zastosował Osborne, który zdecydował się zrealizować przenikające się wątki za pomocą zupełnie różnych technik – korzysta zarówno z animacji poklatkowej przypominającej trochę perełki realizowane kiedyś w studiu Se-Ma-For, jak i znajomo wyglądającej animacji komputerowej. Bardzo ciekawym, moim zdaniem, jest też zabieg, jaki zastosował Osbrone, nawiązanie do autorskich ilustracji Antoine’a de Saint-Exupery’ego.

Nie będę w żaden sposób przybliżała Wam treści filmu, którego trzon główny, na bazie, którego zbudowano całą historię, jest zarazem wątkiem poboczny albo co najwyżej współrzędnym, stanowi znana wszystkim historia Małego Księcia i starego Pilota. Moim zdaniem ważniejsza jest tu jednak historia Małej Dziewczynki, której nie poznajemy tak naprawdę z imienia (kolejny zabieg nadający opowieści cechy uniwersalne) ma tylko zdrobnienie, którym nazywa ją Matka, Żabcia.

Smutna historia korpo-córeczki, której matka za wszelką ceną chce, by ta w życiu osiągnęła sukces, naprawdę łapie za serce (tak wiem, jest idealnym chwytem przebojowej bajki dla masowej widowni). Samotna dziewczynka ma każdy dzień, każdą minutę i sekundę swojego króciutkiego życia zaplanowane, jak w  najlepszy szwajcarskim zegarku. Tylko po to, aby zostać perfekcyjnym dorosłym.

Podobnie, jak powieść Exupery’ego, ekranizacja ma wymowę bardzo uniwersalną. Tak naprawdę nie wiemy, kiedy dzieje się jej akcja, może są to lata 50-te ubiegłego wieku, a może początek XXI wieku. Ale, szczerze, jest to informacja zbędna, ponieważ nie ważna jest tu istota czasu. Ważna jest historia sama w sobie.

Oczywiście, scenarzyści Irena Brignull oraz Bob Persichetti, poszli na całość i uzupełnili także symboliczny wydźwięk książki Antoine'a de Saint-Exupéry'ego o własne, bardziej oczywiste morały, skierowane ewidentnie do współczesnej dziecięcej widowni, wychowanej na nieco innym typie animowanych bajek.

W ogólnym rozrachunku, w skali od 1 do 10, daje tej bajce… 25!!! I naprawdę nie widzę, a może nie chcę widzieć, tej komercjalizacji, nachalnego moralizatorstwa i kilku innych niedociągnięć. Śmiało mogę polecić ją zarówno dzieciom, jak i ich rodzicom. Choć, według mnie, wiek ma tu kolosalne znaczenie. Były momenty, gdy akcja totalnie spowalniała, tempo było dość powolne, wówczas Iga (6 lat) zaczynała się wiercić. Ale 10-latek, który z nami był, był naprawdę, szczerze zachwycony. Ja spłakałam się, jak głupia, wzruszyłam, naśmiałam i szczerze powiem, wróciłam do swoich „dziecięcych korzeni”.

Współczesna, metaforyczna wersja, która wpisuje się w kanony bajek, na których dorastają nasze dzieci, zrobiona tak, że zachwyci nawet najbardziej wyszukanych widzów.


POLECAM J

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...