31 lipca 2015

Wychowanie, to przede wszystkim kalkulacja




Myślę, że w kwestii posyłania sześciolatków do szkoły powiedziane już zostało wszystko. Jednak nie potrafię odmówić sobie komentarza. Tak wiem, odgrzewany kotlet, temat aktualnie na topie, ze względu za zbliżający się wielkimi krokami rok szkolny.


W tej, według mnie, bardzo kontrowersyjnej sprawie wypowiedzieli się już chyba wszyscy zwolennicy i przeciwnicy reformy. Żeby nie było, jestem zdeklarowaną przeciwniczką puszczania dzieci tak wcześnie do szkoły. Może jestem zacofana, niedouczona, może żyję jeszcze mrzonkami, może daleko mi do cywilizowanej Europy, ale nic i nikt mnie nie przekona, nawet kampania za parę milionów!!! I mówię to w pełni świadomie, jako pedagog, nauczyciel i jako rodzic sześciolatki, która MUSI iść do szkoły.

Najbardziej w tym wszystkim wkurzają mnie sympatycy reformy, którzy przekonują na wszelkie możliwe sposoby. Nie zawsze fair, nie zawsze etycznie, ale zawsze za publiczne pieniądze. Była kampania społeczna, były artykuły, mówiące o tym, jak cudownie i zdecydowanie lepiej poradziły sobie, na tegorocznym teście szóstoklasisty, dzieci, które jako sześciolatki zaczęły pierwszą klasę. Lepiej niż te, które do pierwszej klasy poszły mając ukończone 7 lat.

Entuzjaści sześciolatków w szkolnych ławach, twierdzą, że Elbanowscy (Stowarzyszenie Rzecznik Praw Rodziców i akcja Ratujmy Maluchy), czyli zdecydowani przeciwnicy posyłania dzieci tak wcześnie do szkoły i orędownicy oddania rodzicom decyzji w sprawie ich dzieci, najzwyczajniej w świecie straszą tych głupich, niedouczonych, nieświadomych rodziców!!!

A rodzice?? No niestety, działają pod wpływem emocji, nie myślą racjonalnie. W ogóle, kto to słyszał, żeby rodzic w wychowaniu swojego dziecka kierował się uczuciami, przecież to debilne podejście rodem z zeszłego stulecia!!! Wychodzi na to, że w dzisiejszych czasach wychowując należy kalkulować, co jest bardziej opłacalne. A dziecko należy traktować, jako intratny interes, jako inwestycję w przyszłość. Jedna mała pomyłka, a zajebista przyszłość przejdzie naszemu dziecko koło nosa!!!

Oczywiście rodzice, to typowe obiboki, którzy charakteryzują się przede wszystkim nygusostwem i próżniactwem, dlatego, z powodu własnego lenistwa, zapisują dzieci do przedszkoli, bo tak jest po prostu łatwiej. Mniej obowiązków, mniejsza odpowiedzialność. Niestety, ale takie podejście obraża mnie osobiście:


Do przedszkola można zaspać, albo nie przynieść obrazka, a w szkole dziecko musi być po śniadaniu i trzeba mieć odrobione prace domowe, czyli trzeba poświęcić mu więcej czasu. Wydaje mi się, że to rodzice nie są gotowi, żeby opiekować się uczniem.w jednym wywiadów powiedziała Dorota Zawadzka.


Co więcej, naczelna SuperNiania, III Rzeczypospolitej, obraża mnie, choć podejrzewam, że nie tylko, stwierdzeniem:


Tymczasem wszystkie emocjonalne i społeczne braki dziecka oraz jego obawy wynikają z zaniedbania rodziców. Każdy rodzic powinien zadać sobie pytanie: czego tak naprawdę się boję? Jeżeli tego, że dziecko sobie nie poradzi, to znaczy, że nie wykonał dobrze swojego wychowawczego obowiązku. (…)


Po przeczytaniu tej wypowiedzi, oczy zaszły mi łzami, nie z bezradności, ale z powodu wściekłości. Nie ma dzieci wrażliwych, delikatnych, emocjonalnie podchodzących do życia, są tylko i wyłącznie dzieci zaniedbane przez rodziców. Swoją drogą ciekawe dlaczego jeszcze tymi dziećmi i ich rodzicami, którzy nie przygotowują swoich dzieci w sposób odpowiedni do życia, nie zainteresowała się opieka społeczna. Zapewne, kwestia czasu!!!

Co gorsza, Zawadzka, obraża, ujmuje rodzicom. A świadomą decyzję, którą my, jako rodzice chcielibyśmy podjąć, nazywa samowolką i niekompetencją, porównując ją do kwestii bicia dziecka:


Rodzice chcą sami podejmować decyzję, czy wysłać dziecko do szkoły, czy nie, bo w swojej ocenie wiedzą najlepiej. Ale nie zawsze tak jest. Wielu rodziców na przykład ciągle uważa, że bicie dziecka jest dla niego dobre - a przecież nie jest. Niektórzy zaniżają kompetencje swoich dzieci, wielu ma bardzo niskie kompetencje rodzicielskie.


Brak mi słów, co naprawdę bardzo rzadko się zdarza. Jest mi najzwyczajniej w świecie przykro, że ktoś podważa moje kompetencje wychowawcze. Cieszę się, że Iga nie boi się pójść do szkoły, tylko i wyłącznie dlatego, że zna tę szkołę od podszewki, dzięki babci, która pracowała w świetlicy. Zna nauczycieli i praktycznie każdy kąt. Szkoła jest kameralna, mała, na prowincji.

Codziennie rozmawiamy, snujemy plany, cieszymy się z tego, że już niedługo pójdzie do szkoły, bo co innego mi, jako rodzicowi, pozostaje? Nie straszę jej, nie opowiadam historii wyssanych z palca na temat szkoły, nauczycieli. Mimo, że z przedszkola dostała idealną opinię, prawie laurkę. Mimo, że wiem, że fizycznie sobie poradzi, jest odważna, wygadana i naprawdę mądra. Coś się we mnie sprzeciwia, krzyczy, bo to nie jest moja, rodzicielska decyzja. Podjęto ją za mnie, gdzieś na górze. Ktoś, kto ma znikome pojęcie o dzieciach i ich nastawieniu. Ktoś, kto podważył moje umiejętności rodzicielskie!!!

źródło: akcja Ratujmy Maluchy


Patrząc w przyszłość mojego dziecka, widzę te trudności, jakie przed nim postawi ta sytuacja. Skoro w 2012 roku do pierwszej klasy poszło 350 tys. pierwszoklasistów, a w 2015 pójdzie ich prawie dwa razy więcej, jak bardzo zmniejszą się szanse mojego dziecka na dostanie się do lepszego gimnazjum, elitarnego liceum czy na prestiżowe studia?

Czy ktoś o tym pomyślał? Czy naprawdę w tej reformie liczy się dobro dziecka?

Szczerze w to wątpi. I jako rodzic, i jako nauczyciel!!!






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...