6 czerwca 2015

Wpadka – mała rzecz, a boli całe życie



Nigdy w życiu nie należałam do osób, które potrafią grzeczni usiedzieć w jednym miejscu.  Spokojnie i bez gadania. Za to, że nie umiałam trzymać języka za zębami, zawsze dostawałam w szkole bury. Taka niepokorna ze mnie dusza, ale najważniejsze w  życiu to mieć fantazję.


Ile razy powiedzieliście coś, co skreśliło Was w oczach rozmówców? Albo zdyskredytowało? Kiedy rozmówca popatrzył na Was, jak na totalnego przygłupa?

Ja miewam takie sytuacje dosyć często, bo zanim pomyślę, powiem. Kiedyś profesor z psychologii powiedział mi, że nie nadąża za mną i moim tokiem rozumowania, bo wystrzeliwuję słowa, niczym karabin maszynowy.

Oprócz tego, mam tak bogatą mimikę twarzy, z której można czytać, jak z otwartej książki.

Na takie słowne „wtopy” zdążyłam już się uodpornić, bo było ich tyle, że mogłabym obdzielić nimi kilka osób. 

Przytoczę Wam kilka, w sumie najmniej kompromitujących, mam zamiar dawkować emocji ;)


***
Pamiętam, jak kiedyś koleżanka, która była ratowniczką (czego oczywiście wszystkie jej głośno zazdrościłyśmy) przyprowadziła na, jakąś imprezę (ogólnie okoliczności są tu najmniej ważne) swego kolegę „po fachu”. Był piękny, niczym młody Bóg. Tacy mężczyźni nie trafiają się często, stałam i patrzyłam, jak urzeczona.
- Poznajcie się, to jest Piotr.
- Rafał – odpowiedziałam, podając na przywitanie rękę.


***
Ciężkie jest życie młodej studentki polonistyki, zwłaszcza na praktykach, szczególnie w piątej (tak, w zamierzchłych czasach było 5 klas) technikum. Ja naprawdę szybko, na szczęście krótkotrwale, zakochiwałam się, ale tak na zabój, po same uszy. Nie muszę Wam tłumaczyć, jaka była reakcja 30 chłopów, gdy jeden z nich, najprzystojniejszy (podejrzewam, że zrobił to celowo, bo już wcześniej "zagapiałam" się własnie na niego, więc zgłosił się na "ochotnika") skończył czytać, a ja z maślanym wzrokiem, zamiast „dziękuję” powiedziałam:
- Dzień dobry.

***
W czasie studiów, wakacje to był dla mnie okres bardzo pracowity. Lubiłam mieć swoją kasę, a że w czasie roku akademickiego sponsorowali mnie rodzice, w wakacje podejmowałam się przeróżnych prac. Byłam głównie barmanką (z wiadomych względów), pracowałam również w hotelowych recepcjach. Któregoś roku pracowałam w hotelu, który szczególnie upodobali sobie nasi zachodni sąsiedzi. A że ja po niemiecku znam kilka tylko słów (bite, danke i Hitler kaput), oni kilka po angielsku, ale jakoś się dogadywaliśmy. Po takiej gestykulacyjnej wymianie zdań, podszedł do mnie kierownik i z troską w głosie pyta, jak sobie radzę.
- Świetnie, dogadujemy się, jest OK. Tylko – mówię – miałam potworny problem z tym starym Niemcem, którego ni w ząb nie mogłam zrozumieć, bo cały czas podtrzymywał swoją PREZERWATYWĘ, i strasznie przy tym pluł, bo mu ta PREZERWATYWA ciągle z buzi wypadała.
Nie mogłam zrozumieć, dlaczego wszyscy patrzą na mnie, jak na wariatkę.
- No ta sztuczna szczęka, za każdym razem, jak otwierał gębę, to mu się luzowała i praktycznie na blacie lądowała.
- Proteza!!! – krzyknęli wszyscy, z nieukrywaną ulgą.

***
O tej sytuacji już kiedyś pisałam, ale przywołam ją, ponieważ, ta historia urosła, wśród moich znajomych, już niemal do rangi anegdoty stulecia.
Sierpień 2009 roku, czyli porodówka, ja na stole, po znieczuleniu, głowa za parawanem. Wokoło kilku lekarzy, cztery pielęgniarek, bardzo miła atmosfera. Przeuprzejmy anestezjolog, psiknął mi  wodą, gdzieś w okolicach nogi:
- Czuje pani wodę?
- Czuję. – odpowiadam zgodnie z prawdą.
Po chwili podobna sytuacja. Nadal czuję. Leżę, czekam, zupełnie ślepa, bo kazali wyjąć soczewki, a jestem tak ślepa, że widzę, tylko jakieś przesuwające się postaci, nic konkretnego. Leżę i czekam, nie wiem na co.
- Co pani czuje? – pyta anestezjolog.
- Lęk, strach, niepewność, jednocześnie szczęście, bezgraniczną radość, wahanie, czuję, jak łzy napływają mi do oczu. Ale jestem szczęśliwa, tak chyba szczęśliwa, jednocześnie boję się, wie pan, panie doktorze, takim strachem przed nieznanym.
- Pytałem. Czy czuje pani wodę.
- Nie, nie czuję.
- Tniemy – i czar prysł.

***
Skoro już jesteśmy przy szpitalnych tematach. Leżę na fotelu, dżin (ginekolog w skrócie – przyp. autorki, zawsze chciałam to napisać J ) podnosi głowę i pyta:
- Pierworódka? Od razu widać po kroczu.
- Serioooo, pan takie rzeczy widzi po KOLORZE OCZU???
Mina lekarza – bezcenna


Przysięgam, już więcej nic równie kompromitującego nie napiszę. Wybaczcie J

9 komentarzy:

  1. Małgorzata Gałuszka11 czerwca 2015 14:53

    Taak, historie z porodówek są najlepsze. Ja swoją historią pojawienia się w szpitalu przed porodem, doprowadziłam swoją koleżankę z sali (będącą tak jak ja dużo po terminie) do porodu - tak się śmiała :p

    OdpowiedzUsuń
  2. a wiesz, że mam. Leżałyśmy z Igą w szpitalu, ja miałam umówioną wizytę u dżina ;), no niestety, siła wyższa, nie mogłam przyjść na tę wizytę (Iga miała zapalenie płuc), dzwonię do swego ginekologa, dosyć długo nie odbierał, więc niby przyłożyłam telefon do ucha dziecka i mówię: "Mireczku (Kuna), jesteś taki kochaniutki, że pomogłeś mi przyjść na świat, fajny facet z ciebie" i nagle słyszę w słuchawce: "Słucham, pani Kasia??" tak to byłam JA :)

    OdpowiedzUsuń
  3. kobieto, dawaj tu natychmiast tę historię!!! też mam ochotę boki zrywać :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Anna Gruszycka24 lipca 2015 23:41

    Kaśka jesteś niesamowita :) Bardzo lubię tu wpadać:) nie przestawaj pisać.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...