19 maja 2015

Odmiana zaimka 'moje' przez złotówki



Jak zakładałam bloga, to jedyne, co obiecałam M., to że nie będzie pojawiał się na blogu. Ale jak się okazuje zakazany owoc smakuje najlepiej. Docierają do mnie głosy, że lubicie nasze małżeńskie dialogi. A po drugie mam wrażenie, że mój wewnętrzny głos (jak u Any Steel J) powoli zawija się z wakacji.

Wracam jednak do M., który ostatnio ma potwornego bzika na radia, wszelkiego rodzaju. Skupuje, remontuje, renowuje i ogólnie, podnieca się.

- Kasia, widziałaś nowe?
- Widziałam. – mówię bez entuzjazmu.
- A opowiadałem ci jego historię?
- Historię? Weź nie pieprz głupot. Powiedz lepiej, ile za nie dostaniemy.

Gdyby spojrzenie mogło zabijać, właśnie byście szli w kondukcie pogrzebowym, opłakując fantastyczna kobietę, którą przecież byłam.

I ten właśnie dialog, stał się pretekstem do rozważań nad nasza kondycją finansową. Idąc dalej, nad naszym kontem bankowym.

Jesteśmy już małżeństwem prawie osiem lat. Może nie jakimś super przykładnym, takim, które podają eksperci za przykład w małżeńskich poradnikach. Nic bardziej mylnego. Kłócimy się, miewamy ciche dni. Wynika to zapewne z tego, że mamy podobne charaktery, temperamenty. Jesteśmy kłótliwi, zacietrzewieni, a przede wszystkim uparci. Uwielbiamy, oboje, upierać się przy swoich racjach i do końca, choć wiemy, że polegliśmy i przegraliśmy, spieramy się, że białe to czarne, mimo, że wiemy, że nie mamy racji. Ale taka już ta nasza natura.

Jednak w jednym jesteśmy zgodni, od początku małżeństwa. Mamy, i co gorsza, zupełnie się tego nie wstydzimy, wspólne konto bankowe. Jeszcze przed ślubem „przyjęłam” M. do swojego studenckiego konta. Była to nasza pierwsza, wspólna myśl, przede wszystkim chodziło o jedne koszty bankowe, a wiadomo, konta dla studentów były tanie, jak barszcz. Nie to, co teraz konto za 0 zł J

I za każdym razem, jak głośno o tym mówimy, wcale nie spuszczamy zawstydzeni wzroku, a nasze policzki nie przybierają koloru świeżego pomidora. Jednak zawsze powtarza się ten sam schemat. Znajomi, czy nie, patrzą na nas, jak na leśnych dziadków, którzy wierzą w reformy króla Świeczka, a jedyną znaną i praktykowaną przez nas forma antykoncepcji jest skarpeta utkana z pajęczyny, przez śp. prababcię.


 Z reguły słyszymy to samo:
a. jesteście jacyś niedzisiejsi/nienormalni!!! 
b. coooo? To jest niedorzeczne, przecież zarabiam więcej niż żona 
c. a gdzie tu miejsce na prywatność? 
d. naprawdę? Sprawdza się taki układ?

I szczerze powiem, że sprawdza się, czasem lepiej, czasem gorzej. Niekiedy wynikają z tego małe problemy, takie problemiki, raczej. Z reguły, gdy kupię sobie kolejna parę butów, okularów, czy następna torebkę. Ja udaję, że to kosztowało o wieeeele mniej, on, że mi wierzy. Przecież na wszystko znajdzie się sposób, obejście.

- Fantastyczne są te buty, prawda?
- Ile kosztowały? – pyta M.
- Nie wiem, nie pamiętam, troszkę ponad 100 zł. – odpowiadam niewinnie.

No, a że kosztowały 199 zł, to praktycznie nie minęłam się z prawdą.

A torebki? Zawsze są z wyprzedaży!!! I pierwotna cena była taka, że normalnemu człowiekowi nie przyszło by nawet do głowy, by kupić taaaaką drogą torebkę, a ja ją kupiłam z wyprzedaży, przeceniona o 70%!!! Przecież nie mogłam przepuścić takiej okazji, to byłaby zbrodnia przeciw ludzkości.

Oboje mamy dostęp do tego konta, jednak to ja nim zarządzam, ja płacę rachunki, ja pilnuję rat, kredytów, itp. Taaak, mi też na początku wydawało się to nierealne, żebym mogła sprawować taka ważną funkcję w naszej rodzinie, czasami zapomnę o jakimś rachunku, czy innych kredytach. I najgorsze, że przypomina mi się to w środku nocy i do rana mam już sen z głowy!!! Ale daję radę J

Od razu wyjaśniam, w żaden sposób nie uwłacza to męskości M., a ze mnie nie czyni tej złej, co męża w kieszeni trzyma i wydziela mi piątaka na browara.



Takie rozwiązanie, jak wspólne konto, było dla nas czymś naturalnym. Oboje tak zostaliśmy wychowani, że nawet nie musieliśmy dyskutować na temat mocnych i słabych stron tej sytuacji. To jest kwestia pewnego rodzaju zaufania.

Inne dobra, ruchome, czy nie, tez mamy wspólne. Nie mamy intercyzy, podziału majątku. Zresztą przed ślubem pewnie nawet nie mielibyśmy, co dzielić. Nie to, co teraz, przecież M. ma swoja kolekcje i zabierze ją ze sobą do grobu J


5 komentarzy:

  1. Ha ha ha, skąd ja to znam! "koło stówki, a tam 199!" Od 9 lat tak mi weszło w nawyk, że mimo iż nikt (z mężem na czele) się na to nie łapie to ja dalej swoje...

    OdpowiedzUsuń
  2. ja jeszcze mam jedną śpiewkę "popatrz na te bluzkę, z wyprzedaży, za 49 zł!!! a wiesz ile kosztowała pierwotnie 169 zł!!! kto normalny za kawał materiału, takiej szmatki zapłaci tyyyyle pieniędzy, no kto? niezły zrobiłam interes, zobacz, idealna, jakby na mnie szyta..." i tak dalej w tym tonie :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wiedzialam, ze posiadanie wspolnego konta jest niedzisiejsze. No to my tez do lasu sie nadajemy.

    Maz zarabia, ja - jako babka bezczelnie niepracujaca - wydaje. Co ciekawe, moj Luby zawsze mi mowi, ze dobrze ze kupilam ta przyslowiowa bluzke za 49zl. Toz do HIT, no taka cena:)

    Swoja droga, tytul swietny:)

    OdpowiedzUsuń
  4. za tytuł dziękuję, ale, jak mówicie, że macie wspólne konto, przy czym Ty nie pracujesz, tylko "żerujesz" na mężu, nie patrzą na Was dziwnie??? Bo u nas wywołuje to totalne zgorszenie!!!

    OdpowiedzUsuń
  5. Czasami slysze, ze moglabym pojsc do pracy, ale w tej kwestii jestem bardzo waleczna. Mam swoj poglad i tyle.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...