17 maja 2015

Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie...


fot. Stanisław Hawrus

Niedawno weszłam w wiek, w którym niektóre kobiety zostają już nie tyle że matkami, ale babciami. Taaak i nie jest to wcale kokieteria z mojej strony. No niestety, zaczęłam powolny spadek z równi pochyłej, na końcu której znajduje się czarny wądół. Dobra, teraz to już przesadziłam.

Ale w związku z wejściem w ten chrystusowy wiek, który tak chętnie wypomina mi moje rodzicielka, postanowiłam podsumować swoje macierzyństwo. Nie wiem, dlaczego akurat macierzyństwo, ale klamka zapadła.

Z ogromną zazdrością patrzę na kobiety, które swoje macierzyństwo traktują, jak najweselszą przygodę w życiu. Które na każdym kroku podkreślają, że dla nich zostanie mamą było priorytetem. Dla których macierzyństwo jest najpiękniejszą realizacją kobiecości. Nie dość, że patrzę na nie z zazdrością, to nawet z lekkim podziwem, ponieważ ja nie mogę pozbyć się tego poczucia obowiązku, tego, że to macierzyństwo wcale nie jest fajną zabawą, ale harówą cięższą niż na ugorze. Gdzie na efekty tej ciężkiej pracy trzeba czekać latami. 

Oczywiście, wiem i sama doświadczam tego na co dzień, że obcowanie z takim młodym, chłonnym wiedzy i innych doświadczeń, człowiekiem, to cudowna sprawa. Czuję się, jak malarz, który bierze pędzel i podchodzi do czystego jeszcze płótna, rozważa każdy ruch, każdą linię, mierzy i szacuje. I wystarczy jeden niepewny ruch, czy pociągnięcie pędzlem i obraz traci swój niepowtarzalny charakter.

Najgorsze jest w tym macierzyństwie to, że nie ma jednej, konkretnej metody, która byłaby sprawdzona, przetestowana i miała wszystkie możliwe atesty, która gwarantowałaby sukces. Nie ma kursów, nie ma szkoleń. I to mnie boli, bo brodzę, jak dziecko we mgle, poszukując, nie, nie idealnego, ale dobrego rozwiązania. I mam wrażenie, że wykładam się co rusz, że nie podołałam.

Iga, jak każde dziecko, jest bardzo plastycznym materiałem, daje się ukształtować, jednak nie jest zamknięta w czterech ścianach, w szczelnym słoiku, więc kształtujemy ją nie tylko my, jako rodzice. Wpływ na to, jaka jest ma też środowisko, społeczeństwo w jakim się obraca, telewizja, inne dzieci. I żeby nie było, nie mam pretensji, bo najzwyczajniej mieć ich nie mogę. Jednak z pewnym niepokojem wypatruję chwili, kiedy dziecko, oleje nas najzwyczajniej w świecie i pójdzie z koleżankami czy kolegami na lody, ciastko, piwo, pod namiot, na koncert. Taka jest kolej rzeczy i nic z tym nie zrobimy. Ja tak zrobiłam, zrobi też tak moje dziecko, czyli pałeczka w odwiecznym biegu, zwanym życiem. zostanie przekazana.

Tyle, że ta niezbyt odległa przyszłość spędza mi sen z powiek. Jak ja ustrzec przed czyhającymi niebezpieczeństwami. By umiała wybrać między dobrem a złem. Czy moje poczucie dobra i zła będzie kompatybilne z jej odczuciami? No i właśnie najgorsze jest to, że ja ciągle się martwię, co w ogólnym rozrachunku powoduje frustrację i złość. 

I w tym miejscu przypomniałam sobie wpis, który opublikowałam równym rok temu, ZOBACZ, co, ogólnie rzecz biorąc, znacznie poprawiło mi humor. Dlaczego, zapytasz. Ponieważ te wszystkie troski i zmartwienia zrzucę na karby pogody, pory roku, przesilenia zimowego, wiosennego, zimnej Zośki.

Czyli co roku, mniej więcej o tej porze, będę się zamartwiała i szukała całkiem nowych alternatyw wychowawczych? A co z resztą roku? Bo wcale nie jestem bardziej wyluzowana, ogólnie jestem potwornie zestresowana. Jednak wytłumaczenie mam tylko na część roku.

A może zaczynam ulegać modzie, lansowanej przez kolorowe pisma albo Woody'ego Allen'a, na psychoterapię. Kurczę, najgorsze jest to, że nie bardzo wierzę w takie metody, no chyba, że przez samouświadomienie. Z ciekawością czytam wszelkiego rodzaju wyniki badań, nie ważne, dzieci, psy, małpy czy pchły. Lubię, wręcz zaczytuje się, po to, by później szukać, z uporem maniaka, teorii czysto odwrotnych i przeciwnych. Ale to chyba kwestia charakteru, lubię być po przeciwnej stronie barykady.


Ogólnie w tym momencie życia jestem na etapie „szklanka jest do połowy pusta” i nie wciskajcie mi tu kitu, że mogę wziąć mniejszą, wówczas będzie pełna, po brzegi. Mój wewnętrzny motywator jest na wakacjach i ma mnie totalnie w dupie. Mnie i moje szczęście wewnętrzne. I moje macierzyństwo!!!

4 komentarze:

  1. wychowywanie dzieci to kawał ciężkiej pracy. Przy starszej córce widzę jak wiele błędów popełniłam. Nikt nie jest idealny, nieomylny. Jestem pewna, że jeszcze wiele błędów popełnię. pe.es niech już kurde wraca z tych wakacji

    OdpowiedzUsuń
  2. Patrycja, wraca powoli zawija się z tych wakacji, bo potwornie się rozleniwil ;)
    A wychowanie to cieeeezka halowa.

    OdpowiedzUsuń
  3. to nie jest aż tak źle, bo wg mojego szwagra psychiatry najgorzej jest jak się nie widzi szklanki, Pozdrawiam,

    OdpowiedzUsuń
  4. kurczę, a ja myślałam, że z tymi szklankami to zupełnie, jak z białymi myszkami, jak je widzisz, jest już po tobie ;) uffff... uspokoiłaś mnie :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...