19 marca 2015

Rodzicu, porzuć ten złoty klosz nadopiekuńczości



„Jakie te dzisiejsze dzieci są mądre, o wiele mądrzejsze niż kiedyś!!!” Już kilka razy spotkałam się z tym stwierdzeniem, w różnej formie, ale z tym samym wydźwiękiem. I powiem szczerze, że za każdym razem obraża mnie tak samo!!!

Czy to oznacza, że ja i dzieciaki z mego pokolenia byliśmy mniej inteligentni. Czy mój najcudowniejszy na świecie, najmądrzejszy dziadek w wieku pięciu lat był głupszy niż współczesne dzieciaki?


Czy tylko dlatego, że dzisiejszy dwulatek umie obsłużyć smartfona, a trzylatek ściągnąć aplikacje ze Sklepu Play, to jest mądrzejszy od dzieci żyjących na początku XX wieku?


Ale dzisiejszy pięciolatek nie umie poradzić sobie bez TV, o komputerze nie wspominając. Nie umie zorganizować sobie czasu bez tableta  czy innych nośników multimedialnych. Ciągle jest znudzony i ma wieczne pretensje.


Tak, tak właśnie widzę współczesne dzieciaki. Zmanierowane, rozkapryszone i roszczeniowe.


Jedno mogę przyznać, dzisiejsze dzieci są bardziej otwarte, odważne i bezpośrednie. Nie jest dla nich żadnym problemem powiedzenie starszemu, że śmierdzi, czy ma brudne zęby. Rozumiem, te wszystkie teorie, że autorytetu już nikt nie zbuduje na samym fakcie bycia starszym i wyższym. Podobno najbardziej na świcie, współczesne dzieci, doceniają partnerstwo i dobrze czują się w takiej relacji. Zdecydowanie i bez kompleksów wygłaszają swoje zdanie, nierzadko, mając więcej argumentów niż rozmówca. Są nastawione na sukces, znają swoje mocne strony i umieją dochodzić swoich praw. Potrafią negocjować i pertraktować i wiedzą, kiedy partner nie jest szczery.


Ale czy tylko ja mam wrażenie, że powyższe słowa (inspirowane kilkoma uwagami doświadczonych pedagogów) mówią, nie o kilkuletnich dzieciakach, ale o dorosłych ludziach? Gdzie podziała się dziecinna niewinność, ciekawość świata, beztroska?



Bez przerwy spotykam się z pytaniami, na jakie zajęcia dodatkowe chodzi moja córka. Jeszcze do niedawna odpowiadałam, że na żadne i było mi potwornie wstyd, gdy wymawiałam te słowa. I muszę się przyznać, że swego czasu wpadłam w  taką pułapkę zajęć i ciągałam, ją po wszystkich, jakie oferowały przeróżne szkoły, kluby i stowarzyszenia w mieście. A Iga stanowczo odmawiała, rezygnowała maksymalnie po dwóch spotkaniach. Nerw mnie szarpał okropny, prób miałyśmy kilkanaście, a we mnie te wszystkie „życzliwe” osoby podsycały myślenie na zasadzie: „bez zajęć pozalekcyjnych twoja córka nie będzie pełnowartościowym człowiekiem, jej start w lepszą przyszłość będzie miał miejsce z gorszej pozycji”. I wiecie, że ja swego czasu w to wierzyła!!! Ba, ja nawet traktowałam to, jak mantrę i wyszukując kolejne zajęcia, powtarzałam sobie: „lepszy start”, „pełnowartościowy człowiek”, „przyszłość”. Zajęło mi całkiem sporo czasu, zanim poszłam po rozum do głowy.


I wtedy doszłam do wniosku, że to nie dzieci są nastawione na karierę, tylko my, rodzice. Pragniemy, aby nasze dzieci odnosiły w życiu sukcesy, by zajmowały kierownicze, a najlepiej dyrektorskie stanowiska i zarabiały miliony, a wychowujemy je na niesamodzielnych dorosłych. Zmęczone po całym dniu w szkole, mające całą masę zajęć pozalekcyjnych, skupione na zadowoleniu rodziców, gubią swoją dziecinność. Zapominają o obowiązkach innych, niż te związane z „rozwojem intelektualnym i zawodowym”. A co najgorsze, zapominają o przyjemnościach, jakie wynikają z wieku, o przyjemnościach, które im tak naprawdę przysługują.


Wyręczamy je we wszystkich pracach i zabraniamy podejmowania ryzyka. Nie macie wrażenie, że przez to wyrządzamy im krzywdę, że „odciążając” nasze dzieci tak naprawdę podkładamy im przysłowiową świnię? Rozumiem, że dyrektorka czy prezes nie będą wykonywali tych wszystkich domowych czynności sami, ponieważ będą mieli do tego odpowiednich ludzi. Ale dane, mówiące o tym, że 35 % gimnazjalistów nie potrafi przygotować sobie posiłku, delikatnie mówiąc, przerażają.


Przeraża również fakt, że coraz większy odsetek młodzieży nie potrafi prasować. Nie wstawiło samo pralki, nigdy nie sprzątało łazienki. A cała masa niebezpieczeństw czeka na dzieci podczas zakupów, wyobraźcie sobie, że aż 92% nastolatków nigdy nie zrobiło żadnych zakupów dla domu - ani spożywczych, ani jakichkolwiek innych. Poruszyła już kiedyś temat samodzielności w tekście Ta głupia samodzielność.


Teraz Wam się przyznam, jaką jestem „nieodpowiedzialną” matką. Ponieważ moje dziecko w wieku czterech lat (!!!) samo chodziło do sklepu na zakupy (sklep znajduje się kilka domków dalej, po tej samej stronie ulicy, wystarczy przejść kilkadziesiąt metrów wzdłuż chodnika, bez przechodzenia przez osiedlową uliczkę. Zakupy – bułeczka i serek). Oczywiście, sąsiadka zwróciła mi uwagę, że jest za mała, że nie powinnam.  Ale żebyście widzieli minę Igi idącej ze sklepu z siatką, którą musiała trzymać na wysokości swoich uszu, by nie ciągnąć jej po ziemi, uwierzylibyście mi, że naprawdę warto, nawet w tak młodym wieku usamodzielniać dziecko. Gdybyście mogli  tylko zobaczyć ją, jak przechodzi koło grupy dzieciaków, które wołają ją do wspólnej zabawy, a ona im dumnie odpowiada, że musi zanieść zakupy mamie i oddać forsę, nie mielibyście wątpliwości, że dobrze robiłam. A skąd wiem, jak szła, jaką miała minę, jaka była dumna?? Ponieważ była to samodzielność kontrolowana, ja wyglądałam zza krzaka, gdy szła w stronę sklepu, a ekspedienta obserwowała ją, gdy z niego wracała. Ja byłam spokojna, ona szczęśliwa i nieświadoma tej inwigilacji.



Stawiamy nasze dzieci na piedestale, pragniemy, żeby były szczęśliwe i robimy wszystko, żeby tak się nie stało... Czy naprawdę tylko nauka i wszelkiego rodzaju zajęcia gwarantują dziecku sukces w dorosłym życiu?

Dzisiejsi rodzice, mam na myśli swoje pokolenie 30+, to ludzie często rozdarci. Jedną częścią są w przeszłości, tradycji i powtarzają to, czego sami zostali nauczeni, a z drugiej strony budzą się, walczą i chcą pokazywać swoim dzieciom inną perspektywę. Jesteśmy pełni dylematów, a bombardowani nowymi filozofiami musimy tym bardziej kierować się intuicją.

I choć mamy własny plan na przyszłe życie naszego dziecka, pamiętajmy, że on też ma swoje plany (wiem, trudno w to uwierzyć, gdy dziecko ma 5 lat), pozwólmy im samym szukać swojej drogi, nie narzucajmy „prostszych rozwiązań”. Nie pozbawiajmy zaradności życiowej, samodzielności, możliwości popełniania błędów. Nie podcinajmy im skrzydeł pozbawiając pewności siebie. Dajmy swojemu dziecku siebie, jako opokę, wsparcie, do którego będzie mogło zwrócić się zawsze, kiedy będzie potrzebowało pomocy.


Wiem, że ciężko jest stać z boku i obserwować, podpowiadać, ale nie narzucać, radzić, ale nie kazać. Wiem, że bycie rodzicem wymaga ciągłej konfrontacji z własnym lękiem o bezpieczeństwo dziecka, ale zdrowy rodzic przyjmuje do wiadomości, że nie jest w stanie uchronić go przed każdym zagrożeniem. Wie też, że dziecko aby się wzmocnić potrzebuje pewnej dawki stresu, wyzwania, czasem ryzyka, a przede wszystkim samodzielności w myśleniu i działaniu. Naturalnym jest też, że z każdym rokiem powinno oddalać się od rodziców, a zadaniem rodzica jest powstrzymywać się od odruchowej pomocy i opieki, ograniczać własną ingerencję wraz z wiekiem dziecka.

8 komentarzy:

  1. Sylwia Stankiewicz19 marca 2015 10:39

    czytając Twój tekst przypomniały mi się słowa mojej Mamy "daję Ci wszystko czego ja nie miałam" - coś w tym jest. My poniekąd też tak robimy - ja jako dzieciak wychodziłam na plac zabaw, a nie na zajęcia muzyczne, czy lekcje baletu. Wydaje mi się, że staramy się za wszelką cenę sprawić, aby naszym dzieciom żyło się lepiej niż nam i tym samym ograniczamy ich wolność, kreatywność i samodzielność. Ot takie spostrzeżenie na gorąco

    OdpowiedzUsuń
  2. dokładnie!!! ja też na początku, puszczając Igę na te wszystkie zajęcia, myślałam tylko o tym ile możliwości daję dziecku, ja nie miałam tylu i później przyszła konkluzja, że wcale one nie są takie niezbędne, najważniejsza jest równowaga i tak, jak napisałaś, pozwolenie na kreatywność, wolność i samodzielność. Fajne spostrzeżenie na gorąco, bo myślę tak samo :)

    OdpowiedzUsuń
  3. taaakkkkk......Miałam podobne manie :) Teraz już nie :) Chłopcy maja wybór - czy chcą chodzić na zajęcia dodatkowe i jakie (oczywiście maja tylko kilka do wyboru, żeby nie było ;)) Tylko jest jeden warunek!! Jeżeli zdecydują się na którekolwiek zajęcia, uświadamiam im, że ich wybór jest wiążący. Decydując się na zajęcia nie ma wymówek, że nie pójdę bo chcę bajkę obejrzeć albo na tablecie pograć... dzięki temu ilość zajęć jest baaardzo niewielka :) Jeśli chodzi o TV czy inne multimedia, powiem ci szczerze, że wczoraj jak Michał powiedział sytuację, w której kolega Tymka powiedział, że nie może obejrzeć meczu bo nie ma TV w domu to mnie zatkało. Myślałam początkowo, że to chyba nie jest normalne, ale teraz uważam, że to wcale nie taki zły pomysł :) Ileż ta rodzina ma czasu dla siebie :) Ja również od jakiegoś czasu uparcie wałkuję gry planszowe, edukacyjne i inne, żeby tylko mniej mediów a więcej nas wzajemnie dla siebie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Irmina Karasinska20 marca 2015 05:43

    Akurat wczoraj się natknelam na ten tekst:

    http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,9813

    Czy tak nie było? Czy tak było źle?

    OdpowiedzUsuń
  5. święta racja, dzięki za link, fajny artykuł, kiedyś gdzieś, nie pamiętam na jakiej stronie czytałam, że nasi rodzice, robiąc nam urodziny spraszali pełen dom gości i impreza dla dziecka przemieniała się w fajna posiadówę dla rodziców, którzy bez żenady kopcili faje i pili przy dzieciach alkohol, rzeczywiście patologia ;)


    dziwne, że ja też mam takie wspomnienia z dzieciństwa :D

    OdpowiedzUsuń
  6. pamiętasz naszą pierwszą wizytę u Dominiki w szkole? a teraz, nie może doczekać się tańców, czyli dzieci muszą dorosnąć do pewnych decyzjii znać ich konsekwencje

    OdpowiedzUsuń
  7. To temat na długą dyskusje na kanapie u psychologa chyba. Jestem taką matką poniekąd, łapię się na tym, walczę ze sobą - nie z dziećmi bo cóż one winne. Ale to chyba gdzieś głęboko siedzi. Oj.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja wychodzę trochę z założenia, że nie możemy porównywać czasów, które były zupełnie inne - nikt nie wie jak wykładałoby nasze dzieciństwo, gdyby nasi rodzice mieli Facebooka. ;p Ja podziwiam Cię za tak szybką naukę samodzielności, też taką planuję, aczkolwiek później, u nas niestety trzeba przejść przez ulicę, na której w dodatku niektórzy debile lubią sobie "depnąć". Ale już jako dwulatek uczy się sprzątać po zabawie, pomaga sam z siebie w prostych pracach porządkowych np. po śniadanku dostaje chusteczkę nawilżaną i wyciera swój stoliczek. ;)

    Wspomniałaś jeszcze o jednej kwestii - zajęcia dodatkowe. Ja już teraz nie planuję żadnych, chyba, że sam sobie wybierze. W mojej rodzinie są muzyczne tradycje, jeśli stwierdzi, że chce do szkoły muzycznej, to ok - niech idzie. Jeśli będzie chciał inne zajęcia dodatkowe - niech idzie. Będzie chciał grać z kumplami w planszówki? Niech gra. Co z tego, że ludzie robią 5 fakultetów, znają trzy języki? Żeby potem zapierdzielać godzinami na wysokim stanowisku i nie mieć czasu dla bliskich, albo choćby na wydawanie tych zarobionych pieniędzy? Albo żeby doprowadzić się na skraj bankructwa, bo choć liczyć się nauczyli, to nikt nie nauczył ich gospodarowania finansami? Dużo najbogatszych osób udowodniło, że to nie w 15 tysiącach fakultetów leży sukces, pozwólmy więc dzieciom być dziećmi, a na resztę przyjdzie czas. ;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...