21 lutego 2015

Ciocia Dobra Rada



Niedawno odwiedziła mnie koleżanka, ze swoją uroczą, dwuletnią córeczką. Już od progu, mała zaczęła jęczeć, płakać, żądać powrotu do domu. Dziewczynka sztywno uchwyciła się „maminego fartucha” i kategorycznie odmówiła spojrzenia na ciocię, czyli na mnie i Igę.


Wówczas koleżanka zaczęła się tłumaczyć, przepraszać. Bo ona, czyli córka, ma tak zawsze, od małego, że trwa to zaledwie kilka minut, później przechodzi i jest już OK. Ale ja to wszystko rozumiem, mówię, znam z doświadczenia, ponieważ Iga miała dokładnie, tak samo!!!


Zawsze i wszędzie, te pierwsze kilka, czasami nawet kilkanaście, minut w nowym miejscu było dla nas dosyć ciężkie. Tzn. ja nie miałam z tym problemu, raczej otoczenie okazywało się „niesprzyjające”. 


Iga za każdym razem potrzebowała czasu, by móc się zaaklimatyzować, by poznać teren, „obczaić” nowe twarze i miejsce. Do tej pory potrzebuje tych kilku minut, zawsze sprawia wrażenie cichej, skromnej i nieśmiałej. Musi „wejść” w to otoczenie, by poczuć się dobrze i przede wszystkim bezpiecznie. I ja to doskonale rozumiem, ja to szanuję.


Jednak  nie wszyscy potrafią być wyrozumiali.   

     
Pamiętam miliony sytuacji – wchodzimy gdzieś, gdzie jest szczególnie dużo nowych osób. Iga wlepia się we mnie czy M., nie chce odkleić się, nie daje się rozebrać, chowa głowę w zagłębienie między szyją a ramieniem. Wtulona, siedzi cichutko na kolanach i bacznie obserwuje. Jednak są osoby, które to dziwi, zastanawia. Zwłaszcza kobiety nie mogą przejść obok tego obojętnie. Nóż w kieszeni otwiera mi się do tej pory, na samo wspomnienie tamtych chwil!!!


Gdy my, po cichu poznajemy teren, ONE zaczynają działać. Wówczas zaczyna się pielgrzymka „uprzejmych”, pełnych dobrych rad, cioć. I wylewają, oczywiście nieproszone, całą tyradę wskazówek, porad i sposobów przeciwdziałania nieśmiałości dzieci.


Nie ma to, rzecz jasna,  nic wspólnego z subtelnością, delikatnością, czy chęcią pomocy. Chodzi tu przede wszystkim o udowodnienie innym, obecnym kobietom, że ona sobie poradzi, że weźmie to, bogu ducha winne, dziecko na ręce, a ono z lubością wtuli się w jej obfity biust, spojrzy w oczy z miłością i oddaniem, i powie: „rzeczywiście, jesteś idealną matką, która potrafi załagodzić każdą, nawet najbardziej kryzysową, sytuację!!!”


A jak wygląda to naprawdę?


- No chodź do cioci, zobacz, jak tu jest fajnie!!! – i wyciąga te swoje łapska, po moje dziecko, które wtula się we mnie coraz bardziej.

- A zostaw tę mamę i chodź, do cioci, zobacz, ciocia ma… i tu następuje litania:  cukierka, lizaka, ciasto, gówno w sreberku, whatever.

Iga wtulona się we mnie jeszcze mocniej, w pewnym momencie mam wrażenie, że stajemy się jednym ciałem, zaczyna szlochać i patrzeć, tymi bezbronnymi oczami, szukając pomocy.

- Oj, no zobacz, jaka ciocia jest fajna (nierzadko mówiąc to używa zdrobnień, pieści się itp.), no chodź, pójdziemy razem zobaczyć… i tym razem zaczyna wymieniać, wszystko, co jej przyjdzie do głowy, próbując przy tym wziąć, porządnie już płaczące, dziecko na ręce. 

I tu niespodziewanie spotyka się z oporem, czyli fiasko, na oczach innych, z ciekawością oglądających całe to surrealistyczne przedstawienie, kobiet (które pewnie w głębi duszy cieszą się z tej „wychowawczej” porażki).

- O boszsze, co za dzikus!!!

I ostentacyjnie odchodzi, z miną wielce obrażoną.


Miałam takich sytuacji bez liku, najpierw siedziałam cicho, ponieważ „autorytet” starszych ciotek, babć, robił swoje. Później przestałam milczeć i to ja ostentacyjnie odchodziłam.


I teraz pytam, czy my dorośli, zawsze czujemy się swobodnie
w nowym otoczeniu? 

Czy zawsze brylujemy na przyjęciach, wśród całkiem obcych gości? Czy zawsze czujemy się duszą towarzystwa w zupełnie nowym gronie? Czy nie odczuwamy lęku, wstydu, a nawet tremy przed nowymi ludźmi? Więc dlaczego powyższego wymaga się od małych, jeszcze nie zaprawionych w bojach, dzieci? Dlaczego pragniemy, aby dziecko stało się małpką z pokazu cyrkowego, które wchodzi w nowe środowisko spektakularną, potrójną gwiazdą, zakończoną szpagatem, zaczyna sprawnie żonglować, pięknie recytować, artystycznie przy tym wywijając wstęgą?


Z reguły starałam się nie odpowiadać na takie głupoty, luuuuz, dwa głębokie wdechy i jakoś szło.


Jednak, któregoś razu, nie wytrzymałam. Po weselu, standardowo, poprawiny. Głośno, tłoczno i wesoło. Iga oczywiście niezbyt dobrze czuła się w tym rozgardiaszu, więc cichutko siedzimy sobie z boku i się oswajamy.

- No chodź tu do mnie, do nowego dziadka – zachęcał Igę, świeżo upieczony,  teść mojej przyjaciółki.

Oczywiście, schemat się powtórzył. Płacząca Iga wtulona we mnie.

- Nie to, nie. Nie będę cię przecież namawiał. A zresztą, my też niedługo też będziemy mieli wnusię.

- O zobacz, kochana, - mówię do przyjaciółki - jakiego ty masz dobrego teścia. Nawet kalendarz z dniami płodnymi ci prowadzi!!!

Nie wiem, jaka była reakcja, ponieważ zawinęłam się na pięcie i odeszłam od towarzystwa.


Dlatego, jednej rzeczy, której naprawdę nie lubię, to uszczęśliwianie na siłę swoimi radami  kogoś, kto o to nie prosi.


A ile w Waszym otoczeniu jest takich „Cioć Dobra Rada”? Ile razy potrafiliście się postawić, a najchętniej odpowiedzieć: „spieprzaj i nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy” albo „wychowałaś swoje, daj mi wychować moje”. Wiem, że powiedzenie, no może delikatniej niż powyższe stwierdzenia, tego, żeby nawet najbliższe nam osoby, dały nam uczyć się na własnych błędach, bardzo oczyszcza atmosferę.



Swoją drogą, widzieliście ten demot, UWIELBIAM J



17 komentarzy:

  1. Monika Kampczyk21 lutego 2015 22:29

    tak, zdecydowanie ten demotywator to mój ulubiony... a co do Cioci, cóż, każdy wie lepiej jakie jest straszne Twoje dziecko, niż Ty sama! Było chować takiego dzikusa ? ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. też uwielbiam ten demotywator :) a jeśli chodzi o ciocie, to do tej pory ciężko, oj bardzo ciężko przyjmuję takie rady, o które nie proszę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. najgorsze, że ten dzikus, jak się "rozchodzi" to jest duszą towarzystwa ;) tak i każda wi, czy ciepło ubrała, odpowiednio nakarmiłam itp ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. demotywator świetny, a tekst bardzo prawdziwy. Wszystkim się wydaje, że mogą zmieniać świat i dzieci, a to nie takie proste. Dzieci tak jak my potrzebują czasu by poznać otoczenie i nie należny je do niczego zmuszać.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dobry tekst. My mamy Ciocię Krzykaczkę i wierzę, że każdy taką ma 😊

    OdpowiedzUsuń
  6. Warczę gdy widzę, słyszę takie ciotki- klotki :D
    A mój Adam też nie lubi nowego towarzystwa i też potrzebuje czasu na zaaklimatyzowanie się. Ja nie mam z tym problemu, ale co po niektórzy na siłę próbują go uszczęśliwić...

    OdpowiedzUsuń
  7. My (matki) same mamy trochę tego ciotkowania, tylko inaczej niż w sytuacji jaką opisałaś. Czasem koleżanka/siostra/kuzynka coś nam opowiada, a my od razu jej doradzamy. Zdarza się - kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamień. Prawdziwą sztuką jest wyważyć kiedy rada jest radą - ja uważam, że życzliwe rady są ok, za takie się nie wkurzam, jestem wdzięczna, bo mogą się przydać i pewnie macie podobnie. Ale jeśli "rada" tak naprawdę nie jest radą tylko "gówno-wiesz-o-macierzyństwie-ja-znam-się-lepiej-więc-moja-racja-jest najmojsza" to coś mnie trafia.

    OdpowiedzUsuń
  8. niektórzy baaardzo lubią takie "złote rady", a mnie szlag trafia i potrafię warknąć

    OdpowiedzUsuń
  9. a wiesz, jak ja robię, jak któraś coś mi opowiada, to ja mówię, jak miało moje dziecko i dopiero później wpadam na to, że może ktoś chciał się po prostu wygadać, a nie słuchać o moich doświadczeniach, jednak, paradoksalnie, jak zaczęłam prowadzić bloga, kobiety pytają mnie o rady, a ja nie wiem, co odpowiedzieć ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. no u nas cała rodzina, szczególnie z mojej strony, to są krzykaczki, wiec, co to znaczy, ale przynajmniej dziecko nauczyło się spać w harmiderze ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. jak Iga była młodsza, rozumiałam to, że zbyt wiele emocji, nowe otczenie itp, więc musi się zaaklimatyzować, ale sama kilka razy, szczególnie jak podrosła, kazałam jej iść do nowych dzieci i "nie dramatyzować", dopiero później pomyślałam, że ona jest nieśmiała, że może nie chce, człowiek uczy się na własnych błędach, które bywają ciężkie dla dzieci

    OdpowiedzUsuń
  12. wiesz, mimo, że jestem odważna, z reguły wygadana, nie ma problemu z nowym otoczeniem, zdarzają się takie chwile i takie osoby, przy których nie czuję się po prostu komfortowo, nie potrafię się odnaleźć itp. więc zdecydowanie rozumiem te małe dzieci, które nie potrafią jeszcze nazwać swoich uczuć i najzwyczajniej w świecie chowają się za mamą lub płączą

    OdpowiedzUsuń
  13. Demot- jeden z moich ulubionych. Ciocie dobra rada jak ja takie osoby uwielbiam ;) Kiedyś też siedziałam cicho teraz zaczęłam odpowiadać na głupie teksty. Patrzą na mnie nie raz jak na idiotkę ale ja mam to w poważaniu

    OdpowiedzUsuń
  14. wiesz, a do mnie napisała starsza pani, że jej się nie podoba ten tekst i czuje się zbulwersowana, miałam wrażenie, że chyba przejrzała się w lustrze i zobaczyła siebie, w którejś z dobrych cioć ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. o rzesz... ja takich bliskich "cioć" mam dwie + teściowa. Jak urodziłam córeczkę, to jedna z nich jak tylko wchodziła do pokoju a mała coś tam sobie kwiliła, to ona ZAWSZE kazała mi wyciągać cycka i ją nakarmić.... Wspomnę tylko, że ta ciocia nigdy swojego syna piersią nie karmiła... więc w sumie to znała się na tym jak świnia na gwiazdach... a teraz jestem w drugiej ciąży i już mnie trzęsie jak sobie pomyślę o tych "radach"... muszę opracować jakiś plan działania, riposty... ehh... mam jeszcze 4 miesiące...
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  16. Na pewno ;) Jakby nie miała sobie nic do zarzucenia to by się nie oburzyła ;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...