4 maja 2014

Sąsiedzka komitywa



 Dobry sąsiad to rzecz święta. Prawda stara jak świat i niezaprzeczalna jak wszechświat. Mam cudownych sąsiadów, do których mogę iść „jak w dym”. Nie ważne, czego mi zabraknie, mozzarelli, fety, wina, papierosów czy innych rzeczy potrzebnych w codziennej egzystencji, wiem, gdzie mam metę!!! Jak mi smutno, jak mi źle idę do sąsiadki (fakt, że siostra jest moją sąsiadką, ułatwia wiele, nawet bardzo wiele).



Dzięki dobrym sąsiadom, życie staje się o wiele łatwiejsze, gdy trzeba coś pożyczyć, podrzucić dziecko, czy wyjść na ploty. Niby nudny, niespecjalnie zapowiadający się wieczór, dzięki sąsiedzkiej inwencji i interwencji, może zmienić się w coś naprawdę fajnego, ciekawego albo zwyczajnie zwyczajnego. 

Najlepsze w sąsiedztwie są krawężniki. Niestety, wyrośliśmy już z etapu trzepaków i trzeba było gdzieś się ulokować. A gdzie lepiej spędzać letnie, wakacyjne wieczory niż z sąsiadkami na krawężniku, którym? Zupełnie nieważne. Bez umawiania się, bez dzwonienia, bez wpisywania się  w kalendarz na następny tydzień, miesiąc czy kwartał. Wystarczy wyjść, rozejrzeć się i już jest, atmosfera, którą powinni sprzedawać w informatorach turystycznych. Jest sielsko, anielsko, swojsko i raźnie, bo w kupie zawsze raźniej. Gdy dziecko zaginie gdzieś w akcji, wiem, że jest pod czujnym okiem sąsiedzkiej braci. Nakarmione, napojone i bezpieczne.

I fajna jest ta świadomość, że są ludzie, którzy pomagają sobie zupełnie bezinteresownie, że dzieci uwielbiają spędzać ze sobą czas, niczym nieograniczone.
Nie mieszkamy w bloku, na osiedlu strzeżonym, gdzie na pięknie przystrzyżonych trawnikach, zadbanych placach zabawach, na  wygodnych ławkach siedzą znudzone matki (przecież pranie niewstawione, ziemniaki nieobrane, serial w TV akurat się kończy), my puszczamy dzieci samopas, „Bóg dał, ulica wychowa” J  i my, matki z domków, mamy czas dla siebie, bo nikt nie lata za dzieckiem i nie stoi nad nim w piaskownicy, nawet na rowerach jeżdżą sami.

Dumna jestem z tego, że nasze dzieci, nie ważne czy znają czy nie znają, krzyczą do wszystkich „dzień dobry”, wchodząc do sklepu witają się z Panią G., (obcych omijają szerokim łukiem, bo wbijamy im do głowy, że zbytnie spoufalanie się, może być niebezpieczne). Jednak ostatnio wyjątkowo często można zaobserwować, że coraz więcej ludzi nie mówi nikomu „dzień dobry". Nie oznacza to, że zapominają czy też nie zauważają swoich sąsiadów, sprzedawców w sklepie lub ludzi w windzie. Coraz większej ilości osób po prostu nie zależy na wzajemnych uprzejmościach, a zwykłe „dzień dobry" oznacza dla nich zbyt duży wysiłek. Na mojej ulicy wszyscy krzyczą z daleka uprzejme „dzień dobry”, witają się z ciociami, a ciocie przesiadują na krawężniku.


Czyli czas krawężnikowych cioć, niedługo uznamy za otwarty J

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...