13 maja 2014

My matki gupie być...



W poprzednim poście nie chciałam krytykować mężczyzn, chodziło mi raczej o zwrócenie uwagi, jakie my, matki jesteśmy, sorry, ale głupie. Jak pragniemy we wszystkim nasze dzieci wyręczać, pomagać, wspierać, nie dając przy tym odrobiny swobody. 

Ale jak chronić, zachowując przy tym rozsądek i umiar? Dlaczego większość mężczyzn ma swoje pasje, zainteresowania itp., a my kobiety pierzemy, wychowujemy i pozwalamy na to?? Bo przyzwyczaiłyśmy naszych chłopów do tego, że my lepiej ugotujemy, upierzemy czy wyprasujemy. Ile razy powiedziałyśmy: "zostaw i tak spieprzysz, ja to zrobię"? Na pewno niezliczoną ilość razy. Kobieta w dziwny sposób ciągle czuje się odpowiedzialna. Nie wyjdzie z domu z dziewczynami na wino, bo najpierw ustala z mężem grafik, facet po prostu informuje, że dziś jest TEN mecz i wychodzi. My powielamy nasze role, przejęte od naszych matek, walczymy. Ale czy jest sens?

Tak naprawdę natchnęła mnie historia znajomej mojej znajomej, z którą kiedyś pracowałam 
Otóż, pani X. od kiedy ją poznałam, zawsze twierdziła, że dzieci mieć nie będzie, że to śmierdzi, robi z mózgu kaszę, a zresztą w Polsce dzieci mają tylko samobójcy i z politowaniem patrzyła na dziewczyny, które opowiadały o swoich pociechach. Ale niestety, los jest niepewny i wzięło się pani zaciążyło. I jak ktoś mi powie, że ciąża nie zmienia człowieka, to nie uwierzę. To była zmiana nie tylko fizyczna, ale tej babie najzwyczajniej w świecie odwaliło. Lekarz - tylko w Olsztynie, poród - tylko prywatny, sztab pielęgniarek i położnych do opieki nad dzieckiem: babcia, ciocia, stryjenka, mąż i sąsiadka. Totalny sajgon, czegoś takiego, przysięgam, nie widziałam, jak żyję (myślałam, że ja w ciąży zwariowałam, miałam swój notatnik, w którym zapisywałam milion najważniejszych pytań, o które miałam zapytać gina przy następnej wizycie, jeździłam oglądać oddział porodowy, pytałam czy dziecko nie ma syrenizmu itp. ogólnie padało mi na głowę, ale jak się okazuje, to jest pikuś). Po porodzie było już tylko gorzej, dziecko wychowywane książkowo, do pierwszego miesiąca oglądało tylko czarno-białe kontury, później kształty wypełnione, następnie przeszło na wyższy etap, kształty (cały czas dwukolorowe) zostały wprawione w ruch, jednostajny, rytmiczny z sekundową dokładnością kontrolowany przez matkę. Rola ojca w tym wszystkim ograniczyła się do wynoszenia zasranych pampersów, nic poza tym, nie wspomnę, że dziecko na rękach u taty: boi się, jest niepewne, tęskni za mamą, obawia się, czuję rozłąkę, beczy. Oczywiście wszystko kontroluje mama, która jest zmęczona, niewyspana, karmi przez 22 godz/dobę. Historii jest mnóstwo, każda jest bardziej przerażająca od poprzedniej. Pani X. na przykład nie wozi dziecka w wózku po chodniku, bo są nierówności, tylko ulice, asfaltowane, bez pobocza piaskowego, bo wówczas wyskakuje przed wózek i wachluje!!! Dziecko je o regularnych porach, nie ważne czy jest w aptece, kościele, na klatce schodowej czy przejściu dla pieszych, pada przed wózkiem wyciąga słoik (tak, słoik ,bo jest pakowany hermetycznie i coś tam od bakterii – reklamy ogłupiają ) i karmi. Ale to jeszcze nic, dziecko 1,5 roku, ma zakaz samodzielnego poruszania się po domu, nie wspominając o innych miejscach, chodzi tylko za rękę z mamą!!! I któregoś pięknego, aczkolwiek smutnego dnia, dziecko odważyło się iść samo po książkę, szok, wiem!! I upadło, otarło sobie kolano, Matko Bosko, nie wiem, jak przeżyło, zapewne tylko interwencja 3 lekarzy (rodzinnego, chirurga i ortopedy) uratowała mu życie!!! Przysięgam, dam się pociąć, że nie zmyślam, że pani jest z Ełku i wszystkie historie są prawdziwe, a jest ich jeszcze więcej, ale nie chce denerwować Was, bo ja, jak to piszę, jestem taka wkurzona, że ręce same mi chodzą.

I dlatego pytam nas, matki, gdzie jest granica między troską a kontrolą? Kiedy troska wychodzi poza swoje granice i zaczyna być naruszeniem autonomii, nadopiekuńczością? Wiem, że przykład, który podałam jest aż nadto jednoznaczny i wydawać by się mogło, że przerysowany. Ale w tym momencie zastanawiam się, czy moje podejście do dziecka, nie jest puszczeniem sobie na luz i odpuszczeniem? A może powinnam bardziej „się spiąć”, może dziecko byłoby bardziej zdyscyplinowane? Jak znaleźć ten złoty środek i zachować umiar, nie krzywdząc?

2 komentarze:

  1. Mój mąż od niedawna całe dnie jest w pracy - trzeba to trzeba, ale z wieczornego kąpania dziecka nie zrezygnuje, a i ja nie buntuję się nawet jeśli ma być o godzinę opóźnione, bo od planu dnia ważniejszy jest dla mnie ten kontakt z dzieckiem. Nie wiem jednak czy doszłabym do tego, by dać mężowi kąpać dziecko od pierwszego dnia w domu, gdyby nie fakt, że bałam się takiego malucha wykąpać, nie miałam doświadczenia, a mąż tak - trzech starszych synów. Niedziela jest też u nas bardziej "tatowa" lub "dziadkowa" (jeśli nas odwiedzą). Ale miałam na początku zapędy, ze wszystko wiem najlepiej, nie przyjmowałam rad od męża, póki mój brat przy mnie nie rzucił do niego żartem: "No co jej się wbijasz? Ona już tyle dzieci wychowała, a Ty co? Żadnego doświadczenia nie masz..."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja przez pierwsze 3 miesiące nie dotykałam się do kąpieli córki, to wszystko robił mąż, nawet jak siostrze urodził się syn, wołała mego męża i razem z moją mamą urządzali prawdziwą kąpiel :)

      moja Iga przepraszająco powiedziała: wiesz, mamo wolę spać z tatą, ja się tak do niego przywiązuje, bo on robi takie śmieszne głupoty :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...