26 maja 2014

Droga przez pot i łzy, czyli parę słów o macierzyństwie



- Iga, wiesz, jaki w dziś jest dzień – pytam podekscytowana, ponieważ mam nikłą nadzieję, że będzie to jedno z pierwszych realnych, być może, wspomnień Igi z dzieciństwa. Tak. Liczę na to matczyną nadzieją, wręcz łudzę się.


Dziecko popatrzy na mnie zdziwione, jakby zaciekawione, może nawet podekscytowane.
- Dzień Matki!!! -  chyba krzyknęłam z podniecenia.
- Dzień Matki?!?! A kiedy będzie Dzień Córki? – o losie, nigdy o takowym nie pomyślałam.
- Iga, nie ma dnia córki. Jest Dzień Dziecka, ale najpierw świętujemy Dzień Mamy, która urodziła dziecko, żeby później to dziecko mogło celebrować swoje święto.
- Szczególnie, jak urodziła takie urocze dziecko, jak Twoje J myślę, że w związku z tym, zasługuję na mnóstwo prezentów!!!



Tak, dzisiejszy post zamierzam poświęcić rozważaniom dotyczącym tego, jaką drogę przeszłam, żeby móc mówić o sobie: Matka. 



Ciężko mi było na początku ogarnąć, coś tak bardzo abstrakcyjnego. Nie mogłam z lekkością, łatwością i spontanicznością mówić o sobie: mama. „Chodź do mamy”, „Nie, płacz, mama jest przy Tobie”. Przez pierwszych kilka miesięcy mojego macierzyństwa, miałam wrażenie, że mówię o kimś innym, bo ja, matka?? Ciężko było przyznać się do tego głośno, nie żebym nie kochała mojego dziecka, ale to było tak bardzo odległe, metafizyczne i surrealistyczne przeżycie, że dziś z perspektywy kilku lat nie dziwię się sobie w tamtym momencie.



Bo ja na macierzyństwo nie byłam przygotowana, psychiczne, rzecz jasna. I choć byliśmy z M. po ślubie, a wszyscy dookoła dopytywali się o dziecko, ja nie czułam takiej potrzeby. „Robię karierę” powtarzałam, raczej przewrotnie, zważywszy na branżę, w której się specjalizuję J



To, że jestem matką, ale taką prawdziwą, nie udawaną, nie wymyśloną, ale taką z krwi i kości, taką realną, poczułam w okolicach pierwszych urodzin Igi. Wstałam i nagle poczułam, że niczego nie udaję, że to nie jest sytuacja chwilowa, jak wakacje, ale dzieje się naprawdę!!!



Przez pierwszy rok, byłam tak bardzo wkurzona, zła i rozgoryczona, jak tylko zła i rozgoryczona potrafi być kobieta, która czuje się wstrętnie, źle, okropnie. Drażniły mnie wówczas te przesłodzone i lukrowane teksty, o tym, jak pięknie być mamą, jak cudownie jest karmić piersią i że kupy własnego dziecka nie śmierdzą!!! Mam wrażenie, że tego typu słowa, które dopadały mnie z każdej strony, sprawiały, że czułam jeszcze większe rozgoryczenie i żal. Dlaczego ja tak nie mam? Dlaczego kupy mojego dziecka śmierdzą, jak agroturystyczna krowianka? Dlaczego wszyscy są szczęśliwi, a ja mam ochotę beczeć razem z tym dzieciakiem i krzyczeć do nieba o pomstę? 














Dziś wiem, że to była depresja. Ale jak wtedy ktoś, choć ukradkiem, wspomniał przy mnie to słowo, miałam ochotę wydłubać mu oczy i przegryźć aortę. Przecież jestem taka silna, niezmordowana i niezależna, zawsze sama radziłam sobie w życiu. Ja, depresję, nie żartuj!!! Nie dopuszczałam do siebie tej myśli.




Wyrosłam, całe szczęście, z tamtego załamania i uczucia. Dziś nie wyobrażam sobie innego życia, innej siebie. Wdzięczna jestem losowi, za to, co dostałam. Dziękuję za takie mądre, inteligentne, samodzielne, wrażliwe, charakterne i tak bardzo indywidualne dziecko. Nigdy w życiu nie przypuszczałam, że można pokochać kogoś tak silną miłości i choć z początku wydawało mi się to takie nierealne, dziś jest czymś oczywistym. 




11 komentarzy:

  1. Ja nie miałam depresji, a kupa dziecka i tak mi śmierdziała. ;P

    Bardzo, ale to bardzo chciałam mieć dziecko, myślałam, że w ciąży będę szaleć z radości, zwłaszcza, że droga za mną z przebojami (np. pierwsze USG pokazało pusty pęcherzyk choć z wyliczeń powinno już być nawet tętno widoczne). Tymczasem nie wiem czemu, do mnie macierzyństwo nie docierało praktycznie całą ciążę, nie czułam tej ekscytacji ot - jestem sobie w ciąży, trochę jeszcze sobie pobędę. I brzuch mi rośnie, a zgaga bez przerwy dokucza. Pod koniec trochę się irytowałam, bo cesarz wyjść nie zamierzał, a ileż można w tej ciąży chodzić. Bałam się, że po porodzie mi się taka obojętność utrzyma, ale na szczęście odkąd ujrzałam synka uwierzyłam w miłość od pierwszego wejrzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kupa, jednak wymiata :) kupa jest dobra na wszystko :) długo mi zajęło, zanim zrozumiałam sens całego sensu... :)

      Usuń
  2. Dzięki za tego posta! Kiedy po drugim porodzie wróciłam po tygodniu do domu, to usiadłam na podłodze i kołysząc się jak dziecko z chorobą sierocą wyłam... U mnie ten stan minął szybko, ale nie było łatwo.

    OdpowiedzUsuń
  3. kurcze, ile my matki, kobiety musimy się namęczyć by świat mógł w miarę po ludzki egzystować... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. płacz i zgrzytanie zębów na stałe wpisane w nasz los ;))

      Usuń
    2. tak, my matki mamy ciężki los ;)

      Usuń
  4. Ja natomiast pamietam, że początki macierzyństwa wcale nie były takie cudowane i pelne miłosci jak to wszyscy opisują. Owszem kochalam swojego synka, ale nie bylo tego miłosnego "bum" co to miało przewrocić moje życie do góry nogami... Kiedy się pojawiło? teraz nie pamiętam, ale przyszło i przewróciło jednak to moje życie do góry nogami.
    A kupa jaka by nie byla i tak smierdzi;)

    Korzystając z okazji zapraszam na małe rozdanie:
    http://inspiracjeonline.pl/rozdanie-z-duck/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wiesz, ale wtedy wydawało mi się, że jestem jakimś ewenementem, taką matką zoombi, wariatka, znerwicowana... :)

      Usuń
  5. świetnie to opisałaś, przy pierwszym dziecku też przeszłam depresję. Wiem o czym piszesz. i tak bardzo rozumiem.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ha ha moje dziecię też próbowało dziś negocjować prezenty na Dzień Dziecka choć właściwie dostało już prezent w sobotę :) A co do świadomości, że jest się matką to mimo, że ciąże planowałam to jak urodził się mój syn to też jakoś tak dziwnie się czułam mówiąc o sobie 'mama', na szczęście krótko to trwało.

    OdpowiedzUsuń
  7. u mnie jednak zajęło, jakiś czas bym sie przyzwyczaiła, ciekawe czy u nas Iga będzie negocjowała jakiś prezent, skoro dostała psa, ale miesiąc temu ;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...