8 maja 2014

Czasoumilacze




Jak już ostatnio wspominałam, młodsza nie będę. Wczoraj doszłam do wniosku, że mądrzejsza już chyba też się nie stanę. Więc zarzuciłam wszelkie możliwe ambitne lektury i ambitne plany na mądre lektury. 
Na moim nocnym stoliku miejsce książek „must have”, czyli +100 do inteligencji, zajęły książki lekkie, łatwe i przyjemne. Powróciłam do tzw. „chic lit”, czyli książek pisanych przez kobiety dla kobiet, cokolwiek to oznacza, mnie relaksuje. Mam wrażenie, że to przez przesilenie materiału, jestem ostatnio tak bardzo wyczerpana, że wieczorami jedyne o czym marzę, to spanie, spanie, spanie… Mam taką wizję, śpię przed 24 h, jedyna czynność, która mnie absorbuje to ta fizjologiczna i dalej śpię. Dlatego przerzuciłam się na książki, które dosłownie pochłaniam w jeden wieczór lub dzień.


Wczoraj wracając z Warszawy, w szkolnym autobusie udało mi się przeczytać książkę (prawda, że grzeczne mam dzieciaczki, dały pani poczytać), którą polecam na chandrę, złe samopoczucie czy ogólnie, dla zabicia czasu J 

Jane Graves „Mąż z ogłoszenia” brzmi naprawdę kiepsko (nie wiem, czy zwróciliście uwagę, ale większość książek, np. z wydawnictwa ZNAK, z serii KOBIETA, ma naprawdę paskudne tytuły i jeszcze te przesłodzone okładki, chyba te dwie rzeczy najbardziej mnie zniechęcały do czytania, a przede wszystkim kupowania tych książek). Książkę kupiłam za marne grosze, w sklepie z tanią książką. Stała więc sobie na półce pewnie z parę miesięcy, do wczoraj. Jadę w daleką podróż, do samiuśkiej stolicy, przecież bez książki ani rusz. Wzięłam coś lekkiego, gabarytowo oczywiście, coś, co jak zostawię, zgubię lub zapomnę z autokaru, nie będę żałowała. A tu taka miła niespodzianka!!! Ubawiłam się do łez i wzruszyłam do łez. Naprawdę dobrze napisana, nieźle przetłumaczona. Alison, główna bohaterka desperacko szuka męża, temat stary, jak świat. Oczywiście wymowa książki jest aż nadto oczywista, miłość zwycięży i wszystko skończy się happy endem, ale mimo to, polecam. Mnie poprawiła humor. Dzisiejsza wizyta u kosmetyczki też poprawiła, a że miałam ładnie zrobione paznokcie, nie omieszkałam wstąpić do jubilera i kupić sobie ładny, zgrabny pierścioneczek. Sama wybrałam, sama kupiłam, nawet sama zapłaciłam J




Drugą książką, którą polecam, od razu mówię, nie jest to lekturą najwyższych lotów. Nie, nie usprawiedliwiam się, raczej ostrzegam, jeśli ktoś oczekuje uczty dla duszy. 



Ewa Stec „Romans z trupem w tle” (czy naprawdę te babskie książki muszą mieć takie oczywiste tytuły? Nie można, tak jakoś dyplomatycznej, tylko tak… jak bąk w twarz. Jakie książki, takie porównania!!!) Po tę książkę, sięgnęłam z racji wydania pocketowego, mała poręczna, szybko można schować, bo czytałam ukradkiem J Jak może pamiętacie, tę książkę dostałam za darmo, od uprzejmego pana z kiosku ze starymi gazetami. Gdyby nie paskudna okładka, może przeczytałabym wcześniej. Chyba wychodzi na to, że jestem przede wszystkim estetką (pamiętam gdy premierę miał film w reżyserii Julie Taymor, "Frida" i Salma Hayek tak bardzo mi się nie podobała na plakacie, że nie poszłam do kina, film obejrzałam dobrych kilka lat po premierze). Ale Ewa Stec miło mnie rozczarowała, fabuła zgrabna, akcja wartka, fajnie napisana. Idealny czasoumilacz. To taki typ literatury kobiecej z humorem i tajemnicą w tle... Nie znaczy to, że książka mnie bezgranicznie zachwyciła, ale sprawiła raczej przyjemność i zagwarantował przyzwoitą dawką humoru. Dlatego też, pomimo iż w pewnym momencie zaczynamy się domyślać o co w tym wszystkim chodzi, książka w dalszym ciągu wciąga i gwarantuje dobrą zabawę. Cała gama bohaterów nie pozwala nam się nudzić, sytuacje budzą ciekawość, a główna bohaterka sympatię. Oczywiście mamy tutaj też wątek romansowy, który jednak nie nudzi, ale całkiem przyjemnie dopełnia całości. Jedyną rzeczą, która mnie zmierziła, było imię i nazwisko mężczyzny, w którym zakochuje się bohaterka, Bond, Jerzy Bond, żadnych aluzji, parafraz, tylko mówienie w prast, głupiutkiej czytelniczce, że to ma być ktoś na wzór agenta jej królewskiej mości, łamacz serc i miednic. Lektura znośna, lekka i niezobowiązująca J

4 komentarze:

  1. Piękny pierścionek :)
    A okładki faktycznie paskudne ;p

    Ja przymierzam się za przeczytanie w końcu 50 twarzy Greya :) Wszyscy tak przeżywają,przechwalają i polecają,że w końcu chyba i ja się pokuszę tylko najpierw trzeba się zabrać za zakup wszystkich tomów ;p

    OdpowiedzUsuń
  2. rzeczywiście wydatek dość spory, kupując nawet wszystkie tomy w jakiejś mega promocji,
    ja czytając 50 twarzy, równolegle czytałam wpisy na blogu:

    http://wyszlo.com/facet-czyta-50-twarzy-greya-odcinek-1/

    tylko nie czytaj, zanim nie przeczytasz książki, bo zdradza wszystkie szczegóły, polecam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja nie chwalę 50 twarzy Greya :) Czytałam dawno temu - podoba mi się to, że książki czyta się łatwo, podoba mi się tematyka (wiadomo!), ale żeby sama książka i cała historia była niesamowita to bym nie powiedziała. Mało tego samego Greya uważam, za lekkiego psychopatę :):):) Niemniej warto przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. powiem Ci, że mi najlepiej czytało się ostatni tom, ale to, co zostało mi po książce, to muzyka, wyszukałam wszystkich albo raczej wszystkich, na pewno większości utworów, które pojawiły się w książce i powiem, że niektóre powalają na kolana :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...