11 marca 2014

Cierpliwość jest cnotą bogów...



Jak oduczyć dziecko mówienia brzydkich słów? Jak, skoro wszystkie mądre, podręcznikowe, a nawet internetowe rady wzięły w łeb? 


Przemilczanie okazuję się ponad moją wrażliwość estetyczną. Dbałość o kulturę języka ponad wszystko!!! A znana raczej jestem z marnej cierpliwości, konsekwencji czy potulności.


Już chyba wolałabym, żeby siarczyście zabluzgało gdzieś w miejscu publicznym. Ależ skąd, wówczas dziecko jest wyjątkowo grzeczne, miłe, nawet onieśmielone. Ale, gdy tylko matka, czytaj JA, zniknie z pola widzenia lub w pobliżu znajduje się bliżej nieokreślona grupa rówieśnicza, wtedy się zaczyna. 

Z tych młodych, niewinnych, lekko brzoskwiniowych usta, padają takie słowa, że niejednego OHPowca mogłyby wprawić w lekkie zdumienie. Z prędkością X-43 padają kolejno: gówno, dupa, siurak, siuśka, burak, babka, dziad… Wachlarz słów, którymi operuje moje dziecko, jest sto razy barwniejszy, niż ten, którym gejsza zakrywała swą niewinną twarz.


Ile można milczeć? Odwracać głowę, udawać, że to nie moje dziecko? Ile można prosić, błagać, szantażować, krzyczeć? Jak długo mamy udawać, że te słowa, które wypowiada są „śmierdzące”? Ile mam to dziecko edukować, pokazywać encyklopedie, książki, bawiąc uczyć, uczyć bawiąc? Nie działają na nią żadne z rozsądnych, zdawałoby się, argumentów:


- że normalni ludzie nie lubią rozmawiać o kolorze, zapachu czy konsystencji kupy, tak, nawet przy jedzeniu;

- że nikt normalny nie lubi być nazywany starym śmierdzącym bananem, dziadem babką czy burakiem, itp.


Nic, po prostu NIC!!! Na pytanie czy była grzeczna, dziecko odpowiada:


- Byłam bardzo grzeczna, ani razu nie powiedziałam: gówno, dupa, siurak, siuśka, taka byłam grzeczna, że w ogóle nie mówiłam: gówno, dupa, siurak, siuśka, ja nawet nie pomyślałam: gów…
- Iga, skończ. Wierzę, że byłaś grzeczna.
- No tak, byłam super grzeczna, bo ani razu nie powiedziałam: gówno, du…
- OK, zrozumiałam!!! – Jestem wrakiem człowieka.
- Ale dlaczego na mnie krzyczysz? Przecież byłam grzeczna, w ogóle nie mówiłam…- moje spojrzenie ją sparaliżowało, nie dokończyła. I nie, nie stresuję swojego dziecka!!!


Jak długo trzeba milczeć i nie zwracać uwagi??? Ale weź tylko tej uwagi nie zwróć. Uuuu… instynkt matek od razu podpowiada: „to zła kobieta była, dziecka wychować nie umiała…” 

I ten ostracyzm, bojkot, zniesmaczenie, które maluje się na twarzach tych kobiet, rani me serce, które pragnie wykrzyczeć: „Jestem cudowną matką, wzorową Polką, kocham język, brzydzę się wulgarnością!!!” 

Na domiar złego dochodzi jeszcze te dezaprobata: „no, żeby dziecko polonistki używało takich brzydkich słów, pfff…” Banicja, jak Boga kocham, banicja społeczna. Spalmy ją na stosie. A co wówczas robi moje wewnętrzne ja? Moja Wewnętrzna Bogini, jak powiedziałaby Ana Steel? Przybiera pozycję siedzącego ZEN, osiąga stan buddy i mając wszystko w dupie, powtarza sobie: „jestem pierdoloną oazą spokoju!!!”

3 komentarze:

  1. Anka Paczkosia16 marca 2014 19:37

    mam ten sam problem tyle ze moje dziecko bluzga siarczyscie w miejscach publicznych i ja czekam cierpliwie podobno z wiekiem mija

    OdpowiedzUsuń
  2. hahaha znowu padłam. Aż się boję co będzie jak moja młodsza latorośl pójdzie do przedszkola. Na razie tylko umie powiedzieć " ja pierdole" albo aż tyle.

    OdpowiedzUsuń
  3. coraz bardziej lubię Cię czytać :-)
    po 1 - widzę Cię na FB i od razu mnie tu przekierowało
    po 2 - na całe moje szczęście ślepego, nie mam takiego problemu z córką.... ale nie myśl sobie, był moment, ze 2 tygodnie jakoś, było nawet ostro, a zakończyło się wybuchem złości po tym jak oboje z mężem kazaliśmy jej zjeść rosół, bo niejadek straszny... a Ona - moja malutka w warkoczykach, jak z procy wystrzeliła od stołu, marszem połączonym z wymachiwaniem rąk poszła do swojego pokoju - my z mężem z zaciekawieniem - coś w tym pokoju stuknęło, spadło czy może zostało rzucone specjalnie, ze złości - i słychać słodki głosik mojej latorośli - "a chuj, a chuj, a chuj!!!", po czym po jakiś 15 minutach trzęsących się policzków (moich i męża) i bólu brzucha z tłumionego śmiechu (na całe szczęście córka nadal przebywała u siebie), dziewczynka - jak gdyby nic - wróciła do stołu i stwierdziła, że nie chce już żadnych słodyczy, ani na basen nie chce, ale rosołu jeść też nie będzie... no to my już nic na to nie powiedzieliśmy... matka, czyli ja, grzecznie miskę sprzątnęła po rosole i było po temacie.....
    A tak poza wszystkim to chyba u Ciebie to ładnie się w domu mówi, żadnych przekleństw, ani nic i może ta Twoja Iga taki niedosyt ma... niewiem... bo u nas to raczej w słowach nie przebieramy - tak ja, jak i mąż lubimy rzucić mięchem, teściowa jak przychodzi to też rzuca - dzieciak w tym wychowany, ale raczej nie powtarza... ja przynajmniej już dawno nic nie słyszałam... ale tamta sytuacja z rosołem zostanie zapamiętana na CAŁE życie, bo nawet teraz, gdy to piszę, przypominam sobię jak mnie brzuch z tego śmiechu bolał, to znowu trzęsę policzkami, stłumiam śmiech, bo dziewczynka usypia...
    powodzenia Ci życzę, może akurat ktoś Ci coś takiego skutecznego poradzi, że oduczysz małą się wyrażać... :-)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...